JoomlaWatch Stats 1.2.9 by Matej Koval
Start >>> KOMITET >>> Historia >>> Artykuły w etykiet: Wrocławski Komitet Poparcia Jarosława Kaczyńskiego

PostHeaderIcon Artykuły w etykiet: Wrocławski Komitet Poparcia Jarosława Kaczyńskiego

niedziela, 17 października 2010 08:32

Ten „Obciach” okazał się …

Pomimo dość pochmurnego dnia, w umówionym miejscu pod pręgierzem, zjawiło się sporo osób uzbrojonych w egzemplarze wydawnictw od lat zajmujących czołowe miejsca na salonowym indeksie „obciachu”. Wszyscy raczej w dobrych humorach, chociaż były i twarze pogrążone w refleksyjnym skupieniu. Godzinę „0” przywitano sesjami zdjęciowymi i spontanicznie artykułowaną strategią działań. Było jasnym, iż dysponując dość ograniczonym potencjałem osobowym trzeba się rozproszyć, aby uzyskać jak najlepszy efekt propagandowy. W międzyczasie, członkowie Wrocławskiego Komitetu rozdali specjalny egzemplarz gazetki informacyjnej, pod znamiennym tytułem „PATRIOTA”, zaopatrzony winietą „obciach 16.10.2010.”, który był dystrybuowany na wrocławskim rynku już od godziny 10.30 – Ci z Państwa, do których nie dotarł specjalny numer naszej gazetki a chcą się z nim zapoznać lub włączyć w jego kolportaż, informuję, że jest on do pobrania z załącznika, który wystarczy wydrukować.

Po krótkiej odprawie kilkuosobowe zespoły ruszyły w „miasto”…

Tym razem zostawiam wolne miejsce na Państwa relacje i komentarze, dziękując jeszcze raz Tym wszystkim, którzy poświęcili swój czas i zechcieli złożyć to swoiste świadectwo, manifestując przywiązanie do prawdy w przestrzeni medialnej tak ważnej dla każdego społeczeństwa i każdego narodu.

Opublikowane w Inicjatywy

Byłem już nazywany bydłem i mężem dewiantki psychicznej. Potem dowiedziałem się, że wspominając żonę, uprawiam nekrofilię. I że łzy moich przyjaciół są tyle warte co opłakiwanie Bieruta. Czy ten zalew podłości ma kres? – pyta wdowiec po Aleksandrze Natalli-Świat

Minęło pół roku od katastrofy smoleńskiej. Dla mnie jest to tragedia osobista, która przesłania polski i narodowy charakter dramatu. I tak już będzie zawsze. To osobiste spojrzenie sprawia, że tym mocniej odbieram wszystko, co wiąże się z katastrofą i jej konsekwencjami. Półrocze to był czas wspomnień, uroczystości, a dla mnie także czas refleksji. Refleksji smutnych i złych.

Uczuciem, które mi towarzyszy od pierwszego dnia, jest poczucie ogromnego zawodu. Zawiodło mnie państwo, które nie potrafiło zapewnić bezpieczeństwa swojemu prezydentowi i setce przedstawicieli elity. Zawiodło, bo ta katastrofa nie miała prawa się zdarzyć.

 

Ola często latała samolotami

Moja żona latała samolotami bardzo często. Przez pięć lat to był jej zwykły środek lokomocji w podróżach między Warszawą a Wrocławiem. Latała też za granicę, kilka razy lecieliśmy razem na wakacje. Zawsze bez obaw, z pełnym zaufaniem do umiejętności pilotów, odpowiedzialności służb kontroli lotów, fachowości mechaników.

Premier Tusk oznajmia, że to środowisko PiS powinno się czuć odpowiedzialne za katastrofę. Czyli nie jest winny minister, który nie zapewnił bezpieczeństwa samolotowi. Winna jest moja żona, bo wsiadła do samolotu razem z prezydentem

Tak, wiem. Katastrofy zdarzają się mimo wszystko. Zdarzają się przecież niezwykłe zbiegi okoliczności, zdarzają się ludzkie omyłki. Ale nie zdarzają się katastrofy takie jak ta. Nigdzie w cywilizowanym świecie nie mieliśmy do czynienia z katastrofą o takich konsekwencjach. To nie przypadek.

Wydawało nam się, że spośród tylu samolotów, w których Ola leciała, ten jest najbezpieczniejszy. Że procedury bezpieczeństwa, które bywają tak uciążliwe dla pasażerów, w tym przypadku doprowadzone będą do perfekcji. Jednak wiedza, którą uzyskaliśmy przez te pół roku – choć szczątkowa – poraża.

Lista zaniedbań, zaniechań, niedopatrzeń jest coraz dłuższa. Nie ma sensu jej przypominać. Można te fakty odnaleźć w mediach. Okazuje się, że temu lotowi towarzyszyły chaos i dezorganizacja. Nawet w tak elementarnej sprawie jak status lotu: cywilny czy wojskowy. A przecież to radykalnie zmienia procedury bezpieczeństwa. Jak to możliwe, żeby standardy bezpieczeństwa lotów najważniejszych osób w państwie były rażąco niższe niż w przypadku lotów cywilnych? Ja tego pojąć nie potrafię.

 

Od pół roku czekamy

Dziś to uczucie zawodu jest jeszcze głębsze. Pani Marta Kaczyńska po odwiedzinach grobu rodziców powiedziała, że narasta w niej gorycz. Rozumiem i podzielam to uczucie. Elementarny zdrowy rozsądek podpowiada, że po tak niebywałej katastrofie całe państwo powinno stanąć na głowie i zmobilizować wszystkie siły, by wyjaśnić jej przyczyny. Tymczasem mam najgłębsze przekonanie, że nasze państwo nie potrafi – a może nie chce – wystarczająco energicznie szukać prawdy.

Zaczynając od rezygnacji z umowy polsko-rosyjskiej sprzed 17 lat, która pozwoliłaby stronie polskiej uczestniczyć na pełnych prawach w badaniu przyczyn katastrofy. Rzecznik rządu argumentował, że porozumienie nie ma procedur, że trzeba czasu na uzgodnienia. Czasu? Blisko pół roku czekaliśmy na wylot do Smoleńska naszych archeologów. Pół roku czekamy na memorandum dotyczące pomocy prawnej. Pół roku czekaliśmy na zabezpieczenie wraku samolotu.

Doczekaliśmy się. Okazało się, że wystarczyły trzy dni. Ale nie dlatego, że jest to ważny dowód rzeczowy. Nie dlatego, że nasz rząd wykazał się uporem. Ale dlatego, że w Smoleńsku miały się spotkać panie prezydentowe. Czego więc trzeba, czasu czy chęci? I znów przeżywam gorycz i wstyd, bo to moje państwo pozwala się traktować jak pętak.

Nie znam się na lotnictwie, a już tym bardziej na katastrofach lotniczych. Mam świadomość, że wyjaśnianie przyczyn jest sprawą trudną i pracochłonną. I że może zająć wiele miesięcy. Byłbym skłonny czekać cierpliwie, tak długo, jak to jest konieczne, gdybym miał zaufanie, że prace nad ustalaniem przyczyn przebiegają sprawnie i fachowo. A jednak nie sposób wykrzesać z siebie choćby odrobinę zaufania.

Nie sposób, widząc szczątki samolotu i ciał naszych bliskich walające się na miejscu katastrofy. Nie sposób, słysząc matactwa na temat identyfikacji i sekcji ofiar. "Nie sposób" mógłbym powtórzyć jeszcze wiele razy. Ileż razy wyszydzano "pisowski" zespół sejmowy. Ileż razy wyszydzano jej przewodniczącego Antoniego Macierewicza. Ale dziwnym trafem dopiero po powstaniu tego zespołu zaczęły się konferencje prasowe prokuratury, zaczęła się aktywność różnych służb państwowych.

 

Przekroczone wszystkie miary

Pytanie o przyczyny jest w oczywisty sposób pytaniem o odpowiedzialność. Używam wciąż słowa "państwo". Tak, ale to państwo ma konkretnych gospodarzy. Za państwo odpowiadają konkretni ludzie. Ministerstwo Obrony, które odpowiada za samolot, załogę, procedury lotu. Ministerstwo Spraw Zagranicznych odpowiadające za logistykę i formalności. Słowem – rząd.

Przedstawiciele tego rządu najwyraźniej nie tracą dobrego samopoczucia. Nie ma dymisji, nie ma poczucia źle spełnionego obowiązku. Rzecznik rządu nieodmiennie zapewnia, że wszystko jest w porządku, odpowiada lekko i ze swadą, jakby chodziło o budowę Orlików. Na pytanie, dlaczego nie zdymisjonowano ministra Klicha, skoro do dymisji podał się minister Ćwiąkalski po samobójstwach kilku przestępców, usłyszeliśmy, że przecież Klichowi nikt się nie powiesił.

Premier Tusk oznajmia, że to środowisko PiS powinno mieć wyrzuty sumienia, że powinno się czuć odpowiedzialne za to, co się stało. Czyli nie jest winny minister, który nie zapewnił bezpieczeństwa swojemu samolotowi. Winna jest moja żona, bo wsiadła do samolotu razem z prezydentem.

Nie mam słów na określenie cynizmu i podłości tych wypowiedzi. Przekroczone zostały wszelkie cywilizowane miary. I mam nadzieję, że Donald Tusk poniesie za nie stosowną odpowiedzialność prawną.

 

Nie wytrzymuję już jazgotu

Sam przez sporo lat uczestniczyłem w życiu politycznym. Potem – towarzysząc żonie – żyłem polityką na co dzień. Znam dobrze jej mechanizmy. Znam dobrze mechanizmy funkcjonowania mediów. Znam sztuczki manipulacji i propagandy. Jestem przyzwyczajony do brutalności życia politycznego. Jest mi więc w pewien sposób łatwiej. Ale co mają powiedzieć rodziny, które są apolityczne? Dla których mikrofony i kamery to nowość. Których nigdy wcześniej nie dotknęły brutalność, obelgi, manipulacje słowami.

Jakże współczuję rodzinom lotników, którzy nie mogą się bronić, a których wielokrotnie obwiniano za katastrofę. Czy popełnili błędy? Nie wiem. Ale ważniejsze pytanie, czy dostali do rąk wszystkie możliwe narzędzia, żeby bezpiecznie poprowadzić ten lot. Tego pytania na razie nikt nie postawił. Ale ci, którzy pilotów wysłali do Smoleńska, żyją i mają się świetnie. Sami piloci na to pytanie już nie odpowiedzą.

Ale i mnie jest coraz trudniej wytrzymać w jazgocie dobywającym się z mediów. Byłem już nazywany bydłem i mężem dewiantki psychicznej. Potem dowiedziałem się, że wspominając tragicznie zmarłą żonę, uprawiam nekrofilię. I że łzy moich przyjaciół są tyle warte co opłakiwanie Bieruta. A cała ta nasza żałoba to cyrk. Czy ten zalew podłości ma kres? Nie ma.

Polityk partii rządzącej oznajmia, że cieszyłby się ze śmierci politycznego rywala. W całym cywilizowanym świecie takie słowa oznaczałyby dla autora tej wypowiedzi śmierć cywilną. Ale nie w Polsce. U nas kontynuuje on karierę polityczną, karierę gwiazdy mediów, a nawet awansuje do roli guru subtelnych artystów i intelektualistów.

Na swój sposób to półrocze uczciła "Gazeta Wyborcza". Opublikowała artykuł o przyczynach katastrofy. Artykuł, który powinien przejść do podręczników prasowej manipulacji. Pisząc o ewidentnych zaniedbaniach służb rządowych, ani razu nie wymieniono nazwy rządzącej partii, ani razu nie wymieniono nazwisk ludzi, którzy za ten tragiczny lot odpowiadali ze strony rządowej. Natomiast wielokrotnie wymieniono nazwę PiS. W różnych przypadkach i kontekstach. A do winnych katastrofy zaliczono nawet "pisowskich" dziennikarzy. Oczywiście po nazwisku.

Na okrągłą rocznicę usłyszymy pewnie, że Lech Kaczyński sam się zabił, żeby zepsuć Tuskowi tradycyjny mecz piłkarski. To nie czarny humor. Przypomnicie sobie moje słowa za pół roku.

 

Rodziny lepsze i gorsze

Wielokrotnie w ciągu tego półrocza miałem okazję wypowiadać się publicznie, bezpośrednio lub za pośrednictwem mediów. Miałem tę możliwość kilkakrotnie również w ostatnich dniach. Jednego mogę być pewny. Nikt mi nie zarzuci agresji, ostrości, uchybienia kulturze. Przeciwnie, raczej zarzucano mi zbytnią łagodność i cierpliwość. Wiem najlepiej, jak łatwo urazić czyjeś uczucia. I chcę tego uniknąć nawet kosztem nadmiernej empatii.

Miałem też okazję kilka razy spotykać się z rodzinami ofiar. Zawsze były to spotkania ciepłe, mimo świadomości, że pochodzimy z różnych środowisk i zapewne różnimy się poglądami. I zawsze będę czuły na prawo innych ludzi do radzenia sobie z żałobą.

Część rodzin dzień 10 października spędziła w Smoleńsku. Wiele razy powtarzałem, że moja nieobecność nie miała kontekstu politycznego, ale wyłącznie osobisty, że nie chcę przeżywać żałoby w tłumie, pod okiem kamer i aparatów. Natomiast szanuję wolę tych, którzy chcieli tam być. Ja byłem na mszy świętej i pod tablicą pamiątkową mojej żony na wrocławskim placu Solnym. Marta Kaczyńska była przy grobie rodziców. Jarosław Kaczyński – przed Pałacem Prezydenckim. Czy to tak trudno zrozumieć? Czy politycy nie mają prawa do własnej wrażliwości?

Są ludzie, którzy chcą, by krzyż postawiony przez harcerzy pozostał w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu. Inni chcą jego przeniesienia. Jeszcze inni chcieli go zabrać do Smoleńska. Nikt jednak nie zadał pytania: dlaczego jednych się poniża, obrzuca obelgami i wręcz fizycznie atakuje, a innym daje się prawo głosowania o losach krzyża? Ten krzyż jest tak samo własnością moją, rodziny Kaczyńskich i uczestników pielgrzymki do Smoleńska.

Pamiętam dzień, gdy jechaliśmy długim konduktem przez Warszawę. I to wzruszenie na widok tłumów ludzi przy trasie, palących znicze, rzucających kwiaty. A przecież to było dwa tygodnie po katastrofie. Warszawiacy mogli się czuć znużeni tymi ceremoniami, zamykaniem ulic. I pamiętam kondukt jadący po nabożeństwie żałobnym na wrocławski cmentarz. Znów tłumy ludzi, kwiaty, znicze. Trudno było opanować wzruszenie.

10 października we Wrocławiu po mszy uformowaliśmy kilkusetosobowy pochód. Spokojny i milczący. Przeszliśmy pod tablicę upamiętniającą Władysława Stasiaka. Potem przez rynek pod tablicę upamiętniającą moją żonę. Szliśmy przez rynek jak zwykle tętniący życiem. I tam właśnie trafiliśmy na ludzi, którzy się z nas śmiali, szydzili, a nawet próbowali sprowokować fizyczną agresję. Nie było takich wielu, ale jednak byli. Dzień później media pełne były opisów wzruszenia i przeżyć uczestników pielgrzymki do Smoleńska. Tak, dla nich był to dzień wielkich i wzniosłych przeżyć. Dla mnie ten dzień skończył się gorzko.

 

Moralna degrengolada

Ci młodzi ludzie z rynku nie wymyślili tego sami. Ich nauczono, że niektórych Polaków można bezkarnie wyzywać, a nawet trzeba to robić. Nauczono, że można drwić z cudzej żałoby, wykpiwać zmarłych. Nauczono ich, że to modne i że trendy.

Dla mnie to doświadczenie jest wielkim, krzyczącym oskarżeniem. Oskarżeniem polityków bijących rekordy cynizmu, oskarżeniem mediów goniących za newsem i sensacją i pilnie wypełniających polityczne zlecenia. Nade wszystko jest oskarżeniem polskich elit opiniotwórczych. Bo to one powinny stać na straży kultury, wrażliwości, jakości debaty publicznej i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Tymczasem to one wyznaczyły standard chamstwa, podłości, nienawiści, zakłamania.

To nie przypadek – kiedy młodzi ludzie drwili z mojej żałoby, w Warszawie trójka tzw. intelektualistów debatowała na temat agresji słownej w życiu publicznym.

Ostrzegając, że za agresją słowną może pójść i agresja fizyczna. O jakąż to agresję im chodziło? Oczywiście: wobec Murzynów i gejów. Moim zdaniem trudno o bardziej jaskrawy dowód intelektualnej i moralnej degrengolady, ludzi zwanych z przyzwyczajenia elitą.

Tak, moje państwo mnie zawiodło. Polska mnie zawodzi. Ile jeszcze trzeba tragedii, żeby zawodzić przestała?

Autor w czasach PRL działał w opozycji demokratycznej, potem w "Solidarności", a po 1990 r. był wśród założycieli Porozumienia Centrum. W 1995 r. wycofał się z polityki. Był mężem Aleksandry Natalli-Świat, posłanki PiS, która zginęła w katastrofie smoleńskiej

 

http://www.rp.pl/artykul/548943-Swiat--Moje-panstwo-mnie-zawiodlo.html

Opublikowane w Ogłoszenia

Program uroczystości w Warszawie 10 października 2010 w półrocznicę Tragedii Smoleńskiej wypełniał niemal cały dzień. Uczestniczyłam w ich części.

O godzinie 6:30 rano zjawiłam się, wraz z innymi przyjezdnymi, na Krakowskim Przedmieściu, tuż obok Pałacu Prezydenckiego, pod kościołem seminaryjnym p.w. Wniebowzięcia NMP i św. Józefa Oblubieńca Bogurodzicy by wziąć udział we mszy św. o godzinie 8:00, we mszy, w której uczestniczył także Jarosław Kaczyński. Tę mszę zorganizował, jak co miesiąc, Klub Parlamentarny PiS., a dokładniej poseł PiS Marek Kuchciński Wicemarszałek Sejmu. Uczestniczyli w tej mszy bliscy poległych, przedstawiciele środowisk patriotycznych, strażnicy Krzyża Smoleńskiego, posłowie, senatorowie, Polacy przybyli ze wszystkich stron Polski, no i warszawiacy. Wrocław też był godnie reprezentowany. Spotkałam w kościele kilka osób z Wrocławia. Ludzi był tłum. W kościele ustawiona była niezliczona liczba kamer, mikrofonów, aparatów fotograficznych wszelkiej maści mediów i wszelkie możliwe służby. Momentami trudno się było skupić na głębokim przeżywaniu eucharystii, ale ilekroć spojrzałam na całkowicie zatopionego w modlitwie Jarosława Kaczyńskiego, klęczącego wprost na posadzce przed ołtarzem – wzbudzało się we mnie uczucie współodczuwania Jego bólu i wracałam do głębokiej modlitwy za dusze zmarłych pod Smoleńskiem i szczególnie bliskiego mi ś.p. Lecha Kaczyńskiego Prezydenta RP.

Po mszy przeszliśmy pod Pałac Prezydenta i o godzinie 8:41, w godzinę tragedii, złożyliśmy kwiaty oraz zapaliliśmy znicze w miejscu, gdzie stał, ukradziony NAM, Krzyż Smoleński. Było dość rześko. Jarosław Kaczyński, po odmówionych modlitwach za dusze poległych pod Smoleńskiem 4 kwietnia, podziękował wszystkim obecnym za obecność na mszy świętej i za towarzyszenie Mu w tej uroczystości. Nie wygłosił właściwie żadnego politycznego przemówienia. Wśród zebranych wyczuwało się lęk o Jego życie. Jakieś echo możliwego zamachu. Szczelnie ochraniany przez sporą grupę mężczyzn, został odprowadzony przez solidaryzujący się z Nim tłum zebranych do podstawionego samochodu i Jarosław Kaczyński odjechał a my zostaliśmy jeszcze przez kilka godzin pod Krzyżem Smoleńskim, którego nie ma, z dziesiątkami krzyży przyniesionymi przez zebranych ludzi. Słońce wzeszło i rozpocząl się piękny, ciepły, jesienny dzień w Warszawie. Zapalone znicze i rozchodząca się woń topiącego się wosku, wzniosłe słowa modlitwy, melodia pieśni religijnych i patriotycznych, ozłocone słońcem – wszystko to składało się na niepowtarzalną, podniosłą atmosferę oczyszczającego święta, celebrowanego - na bruku, pod czujnym okiem mediów i o-b-s-e-r-w-a-t-o-r-ó-w. A jednak nikt nie ośmielał się zakłócić tej atmosfery, nawet ci z pobliskiego, osławionego całonocnego, pełnego prostytutek i alfonsów, brudnego i śmierdzącego, zasyfionego!!! barku na rogu ( gdzie władze miasta Warszawa, gdzie Sanepid?), którzy robili co prawda jakieś rajdy na modlących się, ale widać było nas zbyt wielu, jak na poziom ich agresji. Przysiadłam w pełnym momencie, zmęczona, na parapecie galerii Kordegarda naprzeciw Pałacu Prezydenckiego i odmawiałam cichutko, wraz ze wszystkimi, różaniec tuż za wozem transmisyjnym Polsatu. Obok mnie opierał się o tenże parapet ich pracownik, młody człowiek. Byłam ciekawa, co z tego wyniknie, ale najpierw zaskoczony, nie wiedział, jak zareagować, po chwili jednak uszanował tę sytuację i nawet odchodził, gdy dzwonił do niego telefon, żeby nie przeszkadzać mi w modlitwie. Tak pozostawaliśmy gdzieś do samego południa.

Drugim wydarzeniem tego szczególnego dnia, w którym wzięłam udział, była msza święta o godzinie 19.00 w Archikatedrze św. Jana Chrzciciela odprawiona w intencji Prezydenta RP śp. Lecha Kaczyńskiego i jego Małżonki śp. Marii Kaczyńskiej oraz wszystkich ofiar katastrofy w Smoleńsku. Na mszę zapraszał i był jej organizatorem, warszawski klub "Gazety Polskiej", z Tomaszem Sakiewiczem, redaktorem naczelnym "Niezależnej Gazety Polskiej. Nowe Państwo" na czele.. Tłum wiernych, przybyłych na to nabożeństwo, przerósł oczekiwania samych organizatorów i księży odprawiających mszę – byli zaskoczeni. Obecny też był Jarosław Kaczyński, rodziny innych ofiar, środowiska patriotyczne ze swoimi znakami, sztandarami, harcerze i wszyscy Ci, których nawet nie sposób wymienić. Wielu z NAS, z flagami narodowymi, transparentami, krzyżami, pochodniami, zniczami. Organizatorzy przygotowali, ułożony z kwiatów białych i czerwonych, jakby ogromny wieniec, ale prostokątny: białe tło, czerwony wielki krzyż i postawili go blisko ołtarza. Ksiądz proboszcz Archikatedry św. Jana Chrzciciela porosił, dość długo przed rozpoczęciem nabożeństwa, o przestawienie go w inne, znacznie oddalone od ołtarza miejsce, gdzie był prawie niewidoczny. Mediów było chyba mniej, a może utonęły w tłumie? Tłum wiernych biorących udział w tej mszy św., odprawianej w intencji Prezydenta RP śp. Lecha Kaczyńskiego i jego Małżonki śp. Marii Kaczyńskiej oraz wszystkich ofiar katastrofy w Smoleńsku, był tak zwarty, że nawet trudno było przecisnąć się do komunii świętej. To było naprawdę imponujące. Na zakończenie mszy odśpiewaliśmy jednym silnym głosem: "Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie"

Po nabożeństwie sformował się Marsz Pamięci z pochodniami, który przepłynął majestatycznie nieprzebraną ludzką rzeką pod Pałac Prezydencki. Z kościoła wychodziliśmy około 45 minut, tyle było osób w samym kościele, na ulicy przed kościołem, aż po zapełniony częściowo Plac Zamkowy. W oczekiwaniu na wyjście z kościoła słuchaliśmy koncertu. Marsz poprowadził Jarosław Kaczyński.

Tradycyjną trasą przemarszu był odcinek: na Starym Mieście - od Archikatedry św. Jana Chrzciciela przy ulicy Dziekania, przez ulicę Świętojańską, dalej na Plac Zamkowy i Krakowskim Przedmieściem, obok kościoła św. Anny - pod Pałac Prezydencki. Tym razem jednak Marsz Pamięci musiał zmienić trasę przemarszu, ponieważ z okazji Dni Papieskich, na trasie przemarszu, przy kościele św. Anny ustawiono ogromną scenę i cały dzień odbywały się tam występy różnych artystów, bardzo głośne i przyciągające wielu gapiów. Nie można było tędy przejść. Teren otoczono barierkami i ustawiono ławeczki na tym odcinku Krakowskiego Przedmieścia, którym przecież planowane było przejście Marszu Pamięci. Koncert ochraniali klerycy i młodzi ludzie z duszpasterstwa przy Archikatedrze św. Jana Chrzciciela, oznaczeni wielkimi żółtymi chustami Dni Papieskich.

Marsz Pamięci przeszedł inną, dłuższą trasą: na Starym Mieście - od Archikatedry św. Jana Chrzciciela przy ulicy Dziekania, przez ulicę Świętojańską, dalej na Plac Zamkowy i Krakowskim Przedmieściem, obok kościoła św. Anny skręcił w ul. Senatorską, dalej w ulicę Miodową, w ulicę Kozią i pojawił się znów na Krakowskim Przedmieściu, na wysokości kościoła, w którym odbywały się poranne uroczystości, tuż obok Pałacu Prezydenckiego.

Rzeka świateł niesionych przez ludzi ciągnęła się przez całą tę, wijącą się jak wąż, drogę. Przybyli z całej Polski, o czym nikt nie podawał informacji w mediach. Czuliśmy wspaniałą jedność i siłę. Próbowałam ocenić, ile osób maszerowało w tym wieczornym pochodzie pamięci. Policzyłam do stu osób i próbowałam porównać z tym nieprzebranym, roziskrzonym, rozświetlonym tłumem, płynącym bez końca ulicami Warszawy pod Pałac Prezydencki. Wydaje się, że było ich grubo ponad 10 tysięcy. Znicze, pochodnie, transparenty, krzyże, flagi narodowe, kwiaty - i majestatyczny, wyciszony tłum przesuwający się, jak groźne memento, na miejsce ukradzionego Polakom krzyża Smoleńskiego. Wspaniałe, podniosłe wydarzenie, napawające nadzieją. No i rozmowy - jedno ciało, jedna polska dusza  - w Gdańsku, Katowicach, Lublinie, Sandomierzu, Poznaniu, Wrocławiu, Warszawie, podwarszawskich miejscowościach, Skierniewicach, Bydgoszczy, Olsztynie, Kutnie, Krakowie!!!. To tyle ile pamiętam w tej chwili rozmów z ludźmi z Polski. Spotkałam też wiele zaprzyjaźnionych już osób, np. z Gdańska ze stowarzyszenia "Tożsamość i Solidarność", młodych ludzi z transparentem o treści: "Rządzą nami tchórze i chłoptasie", czy ze stowarzyszenia "Solidarność Walcząca" z Warszawy i wielu innych. Z tych uroczystości jest wiele relacji filmowych na YouTube i na portalu Niezależni.pl. Więc nie będę się powtarzać. Jest zarejestrowane całe przemówienie Jarosława Kaczyńskiego, który podziękował nam, wzruszony, że tak licznie przybyliśmy z całej Polski i powiedział, że upatruje w tym nadzieję na odrodzenie się POLSKI. Cieszę się, że pojechałam do Warszawy i wzięłam udział w tych ważnych wydarzeniach 10 października 2010, w półrocznicę Tragedii Smoleńskiej.

 

Polskę mamy jedną i póki My żyjemy i ona trwać będzie !!!

Polska jest Najważniejsza.

Halina Spasowska

 

 

Opublikowane w Ogłoszenia

UWAGA!!!! KOCHAMY CZYTAĆ „OB-CIACHOWE” GAZETY DRUGA EDYCJA – 16 października 2010 godz. 12.00 – RYNEK - PRĘGIERZ

KOCHANI WROCŁAWIANIE, MAMY DRUGĄ SZANSĘ!!!

ZMOBILIZUJMY WSZYSTKIE SIŁY (znajomych i nieznajomych, przyjaciół   i tych co maja szansę nimi zostać…. WSZELKIE FORMY ZAANGAŻOWANIA  W PROMOWANIE AKCJI WSKAZANE!!!!!!!!)

POKAŻMY, ŻE JEST NAS DUUUUUUUŻO WIĘCEJ NIŻ 11 WRZEŚNIA

Tym bardziej, że ogłoszono KONKURS NA NAJLEPSZY FOTOREPORTAŻ

z „CZYTELNI  NA  POWIETRZU”

http://lubczasopismo.salon24.pl/intuicja/post/233343,krakow-gdansk-poznan-wroclaw-konkurs-miast-16-10-2010

do rywalizacji z WROC ŁAWIEM  stają   WARSZAWA, KRAKÓW, GDAŃSK, POZNAŃ i wszystkie pozostałe miejsca w których pojawią się          „ob-ciachowi” czytelnicy J

Zdjęcia z niezwykle udanej akcji 11 września w Warszawie można obejrzeć tutaj:

http://lubczasopismo.salon24.pl/intuicja/post/228068,obciachowe-zdjecia-warszawa

Dla tych wszystkich, którzy nie poznali dotąd szczegółów, przypominam :

KAŻDY PRZYNOSI ZE SOBĄ GAZETĘ POLSKĄ, NASZ DZIENNIK, GOŚCIA NIEDZIELNEGO, NAJWYŻSZY CZAS ITP, UBRANY W PRZECIWSŁONECZNE OKULARY (to już niekoniecznie) SPACERUJE, SIEDZI W KAWIARNI (PRZY KAWIE, SOCZKU, PIWKU, DOBRYM WINIE, LEMONIADZIE;) - DO WYBORU), NA SCHODKACH, ŁAWECZCE I OSTENTACYJNIE CZYTA "OBCIACHOWE" GAZETY.

WSZYSCY UŚMIECHNIĘCI, ZRELAKSOWANI.

CEL – ODCZAROWANIE SCHEMATU : „OBCIACHOWE GAZETY – „OBCIACHOWY CZYTELNIK”.

SZCZEGÓŁY – TUTAJ (BEZPOŚREDNIO U POMYSŁODAWCZYNI AKCJI– INTUICJI):

http://lubczasopismo.salon24.pl/intuicja/post/231768,porzadek-byc-musi

A WROCŁAWSKA EDYCJA TUTAJ:

http://piswroclaw.salon24.pl/231683,wroclawski-rynek-16-x-2010-r-w-samo-poludnie

DO  MIŁEGO ZOBACZENIA !!!

Opublikowane w Inicjatywy

Szanowni Państwo,

Mamy za sobą wybory prezydenckie 2010. Gdy w dniu 14 maja 2010 roku zawiązał się Wrocławski Społeczny Komitet Poparcia Jarosława Kaczyńskiego jako Kandydata na Urząd Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej, zgłosili Państwo do niego swój akces, aby wesprzeć naszego wspólnego Kandydata w kampanii prezydenckiej. Razem i solidarnie stoczyliśmy walkę o przyszłość naszej Ojczyzny. Każdy z nas starał się uczynić co w jego mocy, aby nasz Kandydat mógł kontynuować misję swojego brata ś.p. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, który zginął 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem. Pomimo naszych starań, społeczeństwo polskie dokonało innego wyboru i powierzyło ten wysoki urząd Bronisławowi Komorowskiemu, kandydatowi PO, wyznającemu w znacznej mierze obce nam poglądy i ideologie.

Opublikowane w Historia