Chcemy mówić co nas boli ...
13 VIII 2010 r., o godzinie 17:30 spotkanie: "Polaków nie dzieli krzyż, tylko kłamstwo i manipulacja"
Szanowni Państwo, gorąco zapraszamy na bardzo ciekawe spotkanie pt. "Polaków nie dzieli krzyż, tylko kłamstwo i manipulacja". Spotkanie rozpocznie się 13 VIII 2010 r. o godzinie 17:30 w auli na IV piętrze budynku Dolnośląskiego Zarządu Regionu NSZZ "Solidarność" przy pl. Solidarności 1/3/5 we Wrocławiu.
Będzie to relacja pana Marka Dyżewskiego z jego pobytu w Warszawie: obchodów 66 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego i spod Pałacu Prezydenckiego w Warszawie.
Zapraszają członkowie Wrocławskiego Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego jako kandydata na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.
Apel Ruchu 10 Kwietnia
Trójmiejski Społeczny Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego na Urząd Prezydenta RP przesłał nam Apel "Ruchu 10 Kwietnia", który zamieszczamy:
Dlaczego zacząłem wydawać "Bibułę Wrocławską"?
Postanowiłem dzisiaj uczciwie wyłuszczyć Państwu swoje - związane po części z tytułem niniejszego tekstu - motywacje. I to szczerze, do bólu, jak na spowiedzi. Wydarzenia w kwietniu tego roku doprowadziły moim - i chyba nie tylko moim - zdaniem do całkowitego zresetowania sytuacji politycznej w naszym kraju. Katastrofa rządowego samolotu Tu-154M pod Smoleńskiem, w której zginął Prezydenta RP ś.p. Lech Kaczyński oraz z 95 innych osób, będących w większości luminarzami życia publicznego i politycznego naszego kraju, była wydarzeniem wstrząsającym, potwornym, wręcz nieprawdopodobnym, niemożliwym do uwierzenia.
Gdy wkrótce po katastrofie słyszałem opinie niektórych osób, że mógł to być zamach - wydało mi się to absolutnie absurdalne. Złościłem się nawet w duchu na mojego Tatę i parę znajomych osób za te twierdzenia. 10 kwietnia 2010 roku uważałem je za insynuacje. Wersja rosyjskiego zamachu, zamordowanie polskiego Prezydenta na ziemi rosyjskiej podczas obchodów 70-tej rocznicy mordu katyńskiego - wydało mi się to tak horrendalnie bezczelne, że po prostu nie mogło być prawdziwe, nie mogło być realne. Nie mieściło mi się to wtedy w głowie. Jednakże wszystko to, co następowało po 10 kwietnia 2010 roku, cały przebieg rosyjskiego "śledztwa" i haniebna decyzja Donalda Tuska o powierzeniu całego śledztwa Rosjanom - wszystko to z dnia na dzień coraz bardziej przekonywało mnie, że to nie był zwykły wypadek, że "Przyjaciele Moskale" po raz kolejny odcisnęli swoje zabójcze piętno na naszej historii.
Moim zdaniem rosnące z każdym dniem podejrzenie, a w moim osobistym przypadku przekonanie, że w XXI wieku w środku Europy jest możliwe, aby jedno państwo na swoim obszarze dokonało śmiertelnego zamachu na prezydenta drugiego państwa - w dodatku będącego członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego i Unii Europejskiej - samo to może doprowadzić człowieka do obłędu. A konstatacja faktu, że przywódcy całego cywilizowanego świata patrzą na to wszystko i nic w tej sprawie nie robią - ten obłęd może tylko przyśpieszyć i powiększyć. Fakt, że "polski" (od 10 kwietnia 2010 roku cudzysłów moim zdaniem jest niezbędny) rząd staje po stronie zamachowców, a polskie społeczeństwo żyruje poparcie dla polityki tego rządu w będących następstwem zamachu wyborach prezydenckich - jest to rzecz tak przygnębiająca, że z czysto logicznego punktu widzenia uzmysłowienie sobie jej wydaje się wręcz niemożliwe do zniesienia dla normalnego człowieka.
Jedyne, co mi się w tej chwili nasuwa to to, że my Polacy już nie jesteśmy normalnym, zdrowo myślącym narodem i społeczeństwem. Jako naród pozostajemy w jakimś stanie totalnej psychiatrycznej zapaści. Swego czasu bardzo podobał mi się film Milosa Formana "Lot nad Kukułczym Gniazdem" z 1975 roku oparty na fabule powieści Kena Keseya. Dziś, wspominając ten film i jego fabułę, kategorycznie uważam, że nie wolno nam tych "polskich wariatów" pozostawić samych sobie w zakładzie zwanym II RP. Nie możemy się przyglądać obojętnie ich obłędowi. Musimy działać i próbować ich ratować.
Przyśpieszone wybory prezydenckie i decyzja Jarosława Kaczyńskiego, aby w nich wystartować - nie pozostawiły mi jakiejkolwiek wątpliwości, po której stronie należy się opowiedzieć. Uważałem, że w kampanii wyborczej nie było innej alternatywy, niż poparcie Jarosława Kaczyńskiego. Dzisiaj każdy, kto go popiera - po prostu głosuje za Polską. Alternatywą jest „Priwiślański Kraj” „Donka” i „Bronka” oraz całkowita wasalizacja w stosunku do wschodniego sąsiada. Po sejmowym głosowaniu w sprawie powołania międzynarodowej komisji mającej zbadać tzw. katastrofę (osobiście zdecydowanie wolę teraz trochę krótsze słowo: zamach) w Smoleńsku przekonałem się, że partia Prawo i Sprawiedliwość jako emanacja interesu narodowego Polski jest w tej chwili całkowicie osamotniona. Cała reszta sejmowej sceny politycznej to po prostu Targowica i co do tego twierdzenia nie mam najmniejszych wątpliwości. Działania rządu RP w sprawie katastrofy pokazują, że z suwerennością i polskością nie mają one nic wspólnego.
Gdy tylko dowiedziałem się o powstaniu Wrocławskiego Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego jako kandydata na Prezydenta RP - a miało to miejsce 17 maja 2010 roku - niezwłocznie wraz z moją żoną Barbarą się do niego zapisałem. Choć do tej pory jakoś bardzo aktywnie nigdy nie angażowałem się w sprawy życia politycznego - postanowiłem zacząć swoją prywatną wojnę o Polskę. Najpierw robiłem to w Internecie, między innymi na portalu www.dolnoslazacy.pl. Pierwszy swój komentarz umieściłem pod tekstem pana Marka Delimata, stając w obronie wartości patriotycznych i narodowych, które poruszył w swoim artykule. Okazało się wkrótce, że z panem Markiem zmuszeni byliśmy toczyć na "Dolnoślązakach" bezkompromisową walkę z wszelkiej maści intelektualnym lewactwem, które opanowało ten portal. Dla reprezentantów tej opcji słowo "patriotyzm" działało jak czerwona płachta na byka. Zdecydowane opowiedzenie się po stronie wartości patriotycznych i narodowych wywołało bezpardonowe ataki paru interlokutorów, z którymi z panem Markiem Delimatem prowadziliśmy intelektualną debatę. Podczas debaty ataki te przybierały w wykonaniu szczególnie jednego z dyskutantów momentami wręcz chamski charakter. Efekt finalny był taki, że wraz z nim zostaliśmy z portalu w dniu 7.06.2010 roku wyrzuceni przez redaktora prowadzącego: nasz interlokutor za chamstwo i agresję, my zaś - tak sądzimy - za poglądy i niewinność, prawdopodobnie w ramach odpowiedzialności zbiorowej. Zresztą prowadząc nieubłaganą rzeczową polemikę do tego chamstwa naszego kontrdyskutanta sprowokowaliśmy, gdyż po prostu zabrakło mu racjonalnych argumentów w dyskusji. Ciekawostką, która zresztą zdumiewa, jest fakt, że redaktor naczelny, który zablokował nam dostęp do portalu, jest członkiem PiS-u (sic!). Na prośbę o wyjaśnienie swoich motywacji niestety nie był uprzejmy nawet nam odpowiedzieć. Najprawdopodobniej również z powodu braku merytorycznych argumentów.
W pewnym momencie zacząłem zdawać sobie sprawę z jałowości polemiki z kilkoma czy kilkunastoma osobami odwiedzającymi portal "Dolnoślązacy" i z bardzo ograniczonego zasięgu takich działań w ramach prezydenckiej kampanii wyborczej. Chciałem robić coś, co będzie nosiło znamiona jakiś konkretnych działań, które choć odrobinę pomogą Jarosławowi Kaczyńskiemu w jego walce o Polskę. W jednym z majowych numerów "Gazety Polskiej" w artykule redakcyjnym Tomasza Sakiewicza znalazłem zachętę do kopiowania i publikowania prawdziwych informacji z Internetu i prasy niezależnej (np. na temat katastrofy pod Smoleńskiem) i wywieszania ich w miejscach publicznych, aby jak najwięcej ludzi uzyskało do nich dostęp. Zapachniało mi to trochę "państwem podziemnym". Jeżeli media są w rękach przeciwników Prawdy - należy tworzyć własne. Trochę trawestując powiedzenie Jacka Kuronia - który nie jest zresztą bohaterem z mojej bajki - "nie palcie komitetów, tylko zakładajcie własne".
Stąd też wpadłem na pomysł wydawania własnej, prywatnej - przepraszam za niecenzuralne określenie - "gazety wyborczej". Pierwszy jej numer ukazał się 5 czerwca 2010 roku. Do drugiej tury wyborów prezydenckich ukazało się ich siedem, a po wyborach - jeden. Forma gazetki miała nawiązywać do "bibuły" wydawanej w czasie pierwszej "Solidarności" i w stanie wojennym. Jedna czarno-biała kartka formatu A4, forma edytorska dość siermiężna, treść - mimo usilnych starań - też podobna. Głównym powodem był "chroniczny" brak czasu. Inicjatywa jednoosobowa niestety nosi często takie wady. Tytuł "Bibuła Wrocławska" nasunął mi się od razu jako jedyny wchodzący w tym przypadku w grę. Zadaniem gazetki było trafianie do zwykłych ludzi, potencjalnych, często zagubionych wyborców. Stąd też może niezbyt lotny i wysublimowany poziom pisemka. W każdym numerze starałem się też podawać adresy stron internetowych, na których można znaleźć informacje prawdziwe i rzetelne, spoza kręgu monopolistycznej propagandy koncernów typu "Agora", "ITI", "Polsat" i innych. Gazetkę kolportowałem (i nadal to czynię) gdzie się da: w autobusach, tramwajach, klatkach schodowych, hipermarketach, budynkach użyteczności publicznej i innych podobnych miejscach.
Łączny nakład gazetki do drugiej tury wyborów prezydenckich osiągnął ponad osiemset egzemplarzy. Może to niezbyt wiele, ale na więcej nie pozwolił czas, którego prowadząc działalność zawodową na własny rachunek - nigdy za wiele. Ktoś może powiedzieć, że wydawanie własnego pisemka trąci trochę wizją Wojciecha Młynarskiego z jego piosenki pod tytułem "Po co babcię denerwować". W tekście tej piosenki znalazł się fragment, cytuję: "...A dokładniej informować babci nikt nie śpieszy. Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy! Tata zasię manko w kasie miał i siedzi w kiciu, były o tym wzmianki w prasie, w "Expressie" i w "Życiu". Ale fakt ten się nie stanie dla babci udręką, bowiem się drukuje dla niej osobne pisemko. Na domowej drukarence wszystko się wyłuszcza i w ogóle się babuni na parter nie wpuszcza!" Oczywiście jest to tekst humorystyczny i jego wymowa w oryginale jest nieco inna, niż w przypadku "Bibuły Wrocławskiej", jednakże ta wizja wydała mi się artystycznie bardzo atrakcyjna. Jednakowoż motywacje miałem jak najbardziej szlachetne.
Uważałem, że wybór Jarosława Kaczyńskiego na Prezydenta RP jest jedyną rozsądną alternatywą dla Polski. Uważałem też, że stworzenie zaczynu patriotycznego ruchu, którym być może jest Wrocławski Społeczny Komitet Poparcia Jarosława Kaczyńskiego jako Kandydata na Prezydenta RP i podobne komitety - jest inicjatywą piękną, wspaniałą i jak najbardziej godną poparcia. Należy tylko usilnie się starać, aby w tym ruchu skupić jak najwięcej ludzi zatroskanych o los Polski. Nie wolno zmarnować tej samorodnej pięknej inicjatywy, która pozwala ludziom podobnie myślącym - działać razem. Bo przecież - jak powiedział pewien znany skądinąd hodowca zwierzątek futerkowych - „Polska jest Najważniejsza”. Przed wyborami uważałem (i nadal tak uważam), że wybór Bronisława Komorowskiego będzie dla Polski wyborem fatalnym. Jednakże społeczeństwo polskie - a w szczególności wrocławskie - najwyraźniej jeszcze nie dorosło do tej wiedzy. I dlatego postanowiłem je nadal nękać swoimi wypocinami. Bo w końcu ktoś musi pęknąć. Albo ono, albo ja. W jakim kierunku będzie ewoluowała "Bibuła" - tego jeszcze dokładnie nie wiem. Czas pokaże. Na razie wzrosła ilość stron gazetki z dwóch do czterech. Ponieważ dotychczasowa kuracja okazała się niewystarczająca - funduję czytelnikom podwójną, "końską" dawkę. Mimo wszystko życzę ciekawej lektury...
4 Lipca… Kłuszyn czy Gibraltar?
4 lipca 2010 roku odbyła się druga tura wyborów prezydenckich. Wynik tych wyborów raczej trudno dziś ocenić jako dobry dla Polski. Jako Polacy stanęliśmy na rozdrożu, być może jak nigdy dotąd po 1989 roku.
Gdy przed niedzielą wyborczą próbowałem przewidzieć wynik tego jakże ważnego dla naszego kraju wydarzenia - nie mogłem uwolnić się od pewnego szablonu myślowego. Moje skojarzenia szły w stronę koincydencji trzech wydarzeń historycznych związanych właśnie z datą wyborów - czwartym dniem lipca.
Pierwsza data - wiadomo: 4 lipca 2010 roku. Data drugiej tury przyśpieszonych wyborów prezydenckich w Polsce, będących następstwem katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, w której obok 95 bardzo ważnych dla Polski osób zginął jej Prezydent Lech Kaczyński. A dwie inne daty stanowią - teraz widzę to już dość jasno - jakby dwie drogi, którymi mogłaby pójść Polska, dwie historyczne alternatywy, których dramatyzm ma pewne istotne konotacje zbliżone do naszej współczesnej sytuacji. Od takiego myślenia odstręczał mnie natomiast trochę argument następujący - że jest to myślenie czysto magiczne, numerologiczne, a zbieżność tych dat i związanych z nimi wydarzeń jest czysto przypadkowa. Szkoda zatem poświęcać czas czemuś, co jest tylko losowo umieszczone na osi czasu czy też kartach kalendarza. Ale pretekst do rozważań wydawał się na tyle natrętny i kuszący, że żal było go ot tak porzucić. Wtedy nie byłoby też tego tekstu.
Drugą datą jest 4 lipca 1610 roku. Równe 400 lat temu. To data jednej z największych militarnych wiktorii Polski w dziejach - zwanej bitwą pod Kłuszynem. Data zapomniana, której w czasach PRL-u nasi nauczyciele historii nie chcieli nam zbyt nachalnie wtłaczać do głów, ponieważ pod tym właśnie Kłuszynem udało się Polakom sprokurować dość drastyczny "łomot" naszym "Przyjaciołom Moskalom", którzy w czasach PRL-u byli oficjalnie naszymi przyjaciółmi najbliższymi... Stąd też pewna "niepoprawność polityczna" tej daty. Tego właśnie dnia wojsko polskie dowodzone przez hetmana Stanisława Żółkiewskiego zwyciężyło przeważające siły rosyjskie, wspomagane przez najemników ze Szwecji i innych krajów europejskich. Miało to miejsce podczas wojny polsko-rosyjskiej 1609-1618 roku. Bitwa ta była jednym z najwspanialszych zwycięstw polskiego oręża. Uchodzi ona za przykład mistrzowskiego działania militarnego i stosowania ekonomii sił w walce. A wszystko zaczęło się - nomen omen – od Smoleńska, który wojska polskie oblegały jako jedną z najważniejszych twierdz litewsko-rosyjskiego pogranicza.
Był to dla Rosji czas tak zwanej "Wielkiej Smuty" (1598-1613), kiedy to po śmierci cara Borysa Godunowa nasz sąsiad był pogrążony w wielkim kryzysie politycznym. Do tego stopnia, że Polska pretendowała wówczas do wpływu na obsadę tronu moskiewskiego i czyniła to z powodzeniem. Gdy do oblegających Smoleńsk wojsk koronno-litewsko-kozackich dotarła wieść o koncentrującej się pod Kaługą potężnej armii rosyjsko-szwedzkiej, którą dowodził kniaź Dymitr Szujski (brat cara Wasyla Szujskiego), postanowiono odłączyć część sił oblegających miasto, aby udaremnić odsiecz. W bitwie dowodzonej przez hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego wzięło udział 5556 polskich husarzy, 1000 szabel jazdy kozackiej i petyhorskiej, 200 żołnierzy piechoty oraz dwa lekkie działa. Rosyjska armia Dymitra Szujskiego liczyła 30 tysięcy żołnierzy. Stowarzyszona z nią świetnie wyszkolona zawodowa armia szwedzka pod dowództwem Jakuba Pontussona de la Gardie złożona ze Szwedów, Francuzów, Niemców, Hiszpanów, Flamandczyków, Anglików i Szkotów - 5 tysięcy żołnierzy. Armia Szujskiego miała do tego 11 dział.
Z porównania sił wynikało, że Polska raczej nie ma zbyt wielkich szans na sukces, ponieważ siły nieprzyjaciela były 5 i pół raza większe. Według opinii samego hetmana Stanisława Żółkiewskiego armia rosyjska liczyła aż 40 tysięcy żołnierzy, a armia szwedzka - 8 tysięcy. Podobno niektóre chorągwie polskiej husarii szarżowały w czasie bitwy od 8 do 10 razy, ponieważ hetman Żółkiewski chciał wywołać u Rosjan wrażenie, że atakuje ich potężna ilość kawalerii. Przed bitwą część wojsk polskich pod dowództwem Żółkiewskiego, która oblegała wojewodę Hrehorego Wałujewa w twierdzy Carewo Zamijszcz, wyruszyła pod Kłuszyn. Uczyniono tak na dwie godziny przed zachodem słońca stosując kamuflaż, aby załoga twierdzy się nie zorientowała, że oblegają ją uszczuplone siły. Po całonocnym marszu polskie wojska uderzyły z rana na przeważające siły wroga. Husaria rozniosła "Przyjaciół Moskali" w proch i pył, zmuszając ich do panicznej ucieczki. Cała bitwa trwała pięć godzin. Jeszcze w tym samym dniu Żółkiewski wrócił pod Carewo Zamijszcze i zmusił Hrehora Wałujewa do kapitulacji. Wojsko polskie dało przykład niezwykłej wytrzymałości, gdyż po nieprzespanej nocy i męczącym marszu, stoczyło niezwykle ciężką bitwę, po czym wróciło tą samą drogą do punktu wyjścia.
A jakie były bezpośrednie efekty polityczne wspaniałego triumfu pod Kłuszynem? Po zawartym układzie, mówiącym o wyniesieniu na carski tron syna króla polskiego Zygmunta III Wazy - królewicza Władysława IV - siły Żółkiewskiego wzmocniło około 8 tysięcy żołnierzy Wałujewa. 12 lipca Żółkiewski ruszył na Moskwę. 3 sierpnia stanął pod jej murami, a jej nowe władze przyjęły go uroczyście. Doszło do rokowań, które zakończyły się układem z dnia 27 sierpnia, na mocy którego królewicz Władysław został uznany carem Rosji pod warunkiem przejścia na prawosławie. Następnego dnia na Dziewiczym Polu pod Moskwą tłumy mieszkańców złożyły przysięgę na wierność Władysławowi. W obręb moskiewskich murów wojska polskie wkroczyły 12 września, a 8 października Żółkiewski przybył na Kreml. Car Wasyl Szujski oraz jego bracia Dymitr Szujski i Iwan Szujski zostali więźniami hetmana. Niestety, te wspaniałe sukcesy genialnego wodza Stanisława Żółkiewskiego nie zostały później w należyty sposób skonsumowane. Nie zostały we właściwy sposób kontynuowane i wykorzystane dla dobra i wielkości Polski. Jednakże nie miejsce tutaj, aby w chwili obecnej o tym dywagować.
Trzecia data nie jest już dla nas tak wesoła jak druga. 4 lipca 1943 roku o godzinie 23:07 w Gibraltarze uległ katastrofie samolot Liberator AL523, który startował do Londynu po inspekcji wojskowej II Korpusu Polskiego na Bliskim Wschodzie. W katastrofie sprzed 67 lat, przez wielu określanej jako zamach, zginął premier Rządu RP na uchodźstwie i Naczelny Wódz Wojsk Polskich na Zachodzie generał Władysław Sikorski. Wśród poległych był między innymi również szef sztabu generalnego generał brygady Tadeusz Klimecki. Przyczyny tej katastrofy nie zostały nigdy do końca jednoznacznie wyjaśnione. Była to już szósta od 1940 roku próba zamachu na gen. Sikorskiego (w tym czwarta związana z sabotażem dotyczącym samolotów, którymi przemieszczał się Sikorski). Tym razem niestety zakończyła się ona powodzeniem. Brytyjczycy, do których należał samolot, przeprowadzili w lipcu 1943 roku krótkie śledztwo, po którym ogłosili, że „śmierć Sikorskiego nastąpiła w drodze tragicznej katastrofy stanowiącej tajemnicę państwową”, a następnie utajnili wszystkie zebrane materiały na 50 lat. W 1993 roku Wielka Brytania przedłużyła utajnienie tych materiałów dodatkowo na dalsze 50 lat. Ujawnione więc one zostaną ostatecznie w 2043 roku. Oczywiście pod warunkiem, że nie dojdzie do kolejnego przedłużenia utajnienia…
Do dziś nie wyjaśniona pozostaje między innymi rola, jaką w zamachu odegrał Harold Adrian Russell "Kim" Philby, szef kontrwywiadu brytyjskiego (MI6) na obszar Morza Śródziemnego, a jednocześnie od 1934 roku sowiecki agent, jeden z członków tzw. Siatki Szpiegowskiej Cambridge. Zmarł on w 1988 roku w Związku Radzieckim otoczony wielkim szacunkiem w Kraju Rad. Pomimo odnalezienia pięciu ciał osób, które zginęły w wyniku katastrofy brytyjskiego Liberatora, zwłok innych towarzyszy Sikorskiego nigdy nie znaleziono. Z tego powodu pojawiły się nawet pogłoski, iż mogli oni zostać porwani do Związku Radzieckiego. Zresztą wogóle ilość niejasności związanych z katastrofą w Gibraltarze jest mniej więcej taka, jak z niedawną katastrofą samolotu Tupolew 154M pod Smoleńskiem.
4 lipca 1943 roku generał Władysław Sikorski znał już prawdę o lesie katyńskim i „autorstwie” tej potwornej zbrodni. Prawda ta była bardzo nie na rękę aliantom: Brytyjczykom i Amerykanom. Wykopała ona mianowicie rów nie do zasypania pomiędzy ich sojusznikami: tym największym i najbardziej pożądanym - Rosją sowiecką i tym małym, być może najwierniejszym i najbardziej walecznym, ale za to zawsze traktowanym instrumentalnie i lekceważonym - czyli Polską. Zarówno dla Brytyjczyków jak i Sowietów ukrycie prawdy o sowieckich zbrodniach wojennych było taktyczną i strategiczną koniecznością.
Niektórzy historycy piszą o tym, że w czerwcu 1943 roku, w czasie inspekcji armii generała Władysława Andersa w Iraku, miały się odbyć na Bliskim Wschodzie rozmowy polsko-radzieckie z udziałem Władysława Sikorskiego. Zostały one przez niego zerwane po wysunięciu przez Sowietów warunków akceptacji powojennej wschodniej granicy Państwa Polskiego w postaci granicy niemiecko-sowieckiej z dnia 28 września 1939 roku oraz odwołania niewygodnych dla Moskwy osób z emigracyjnego rządu polskiego. Po tym ultimatum Sikorski pozbył się złudzeń co do zamiarów Józefa Stalina wobec Polski i postanowił je ujawnić publicznie, z kolei Stalin postanowił koniecznie udaremnić tę akcję.
Polityczne konsekwencje śmierci generała Sikorskiego były dla Polski fatalne. Był on największym polskim autorytetem politycznym w tym czasie. Przywództwo Państwa, które skupiał w swoim ręku gen. Sikorski, zostało rozdzielone. Nowym premierem Rządu RP na uchodźstwie został Stanisław Mikołajczyk, zaś Naczelnym Wodzem generał Kazimierz Sosnkowski. Śmierć Sikorskiego oznaczała całkowite osłabienie pozycji Polski w obozie sojuszników wobec otwarcie wysuwanych roszczeń terytorialnych ZSRR i polityki Stalina, zmierzającej konsekwentnie do międzynarodowej izolacji Polski. Ukoronowaniem tej polityki były ustalenia konferencji w Teheranie (28.11-2.12.1943 r.) dotyczące przyszłości Europy, w tym Polski, a w szczególności jej granic i usytuowania geopolitycznego. Te z kole przypieczętowały ustalenia konferencji w Jałcie. Na długie lata zdeterminowały one (i determinują, jak się okazuje, nadal) historię naszego kraju i miejsce Polski na mapie Europy.
Jest jeszcze jeden kolejny aspekt łączący osobę generała Władysława Sikorskiego i jego śmierci z bieżącymi wydarzeniami. Dnia 17 września 1993 roku w obecności prezydentów Lecha Wałęsy i Edwarda Kaczorowskiego trumna z prochami Generała została złożona w grobowcu krypty św. Leonarda w katedrze św. Stanisława i Wacława na Wawelu. A zatem dwaj przywódcy Polski - Premier Władysław Sikorski i Prezydent Lech Kaczyński - ofiary dwóch najbardziej spektakularnych katastrof (ja wolę używać słowa: zamachów) w historii polskiego lotnictwa - spoczywają w tym samym miejscu.
Dzisiaj po wyborach prezydenckich 4 lipca 2010 roku wiemy już na pewno, że ten dzień nie był dla Polski drugim Kłuszynem. Polska nie weszła na trakt suwerenności i pełnej podmiotowości w stosunkach z „Moskwą”. Nie była to wspaniała polska wiktoria jak przed czterystu laty. Nie było to zwycięstwo nad frakcją sympatyków Rosji. Być może jest tak, że niektórzy z nas podejrzewają, iż wpływ Rosji na wydarzenia 10 kwietnia 2010 roku jest większy, niż sugeruje to zdecydowana większość mediów i politycy partii rządzącej. Być może ten wpływ jest całkowicie zbrodniczy. W każdym razie Rosjanie nie zrobili do dzisiaj absolutnie nic, aby rozwiać rodzące się podobne spekulacje. Jednakże większość Polaków omamiona propagandą medialnych koncernów w rodzaju „Agory”, „ITI” czy „Polsatu” wolała wybrać na prezydenta Bronisława Komorowskiego, człowieka o czytelnych powiązaniach z PRL-owskimi Wojskowymi Służbami Informacyjnymi, w których aż roi się od ludzi pozostających na służbie Rosji. Tak zwany „Kandydat Mniejszości Polskiej”, Jarosław Kaczyński, wzbudzał taką niechęć większości wyborców, że woleli oni oddać swój głos na jego kontrkandydata, polityka mizernego i miałkiego, którego pod względem merytorycznym dzieli przepaść od brata byłego Prezydenta RP. Jedną z przyczyn porażki wyborczej Jarosława Kaczyńskiego jest z pewnością medialny monopol sił traktujących go jak swojego śmiertelnego wroga. Lecz to chyba nie jest jedyna przyczyna przegranej. Stosując analogię do bitwy sprzed czterech wieków porównuję Jarosława Kaczyńskiego do genialnego i walecznego wodza hetmana Stanisława Żółkiewskiego. Jarosław wiele razy dał pokaz politycznego wizjonerstwa, wielkiej odwagi i uczciwości w polityce.
Od Żółkiewskiego pod Kłuszynem różniło Kaczyńskiego chyba jedno przede wszystkim: zabrakło tych 5556 podkomendnych „towarzyszy pancernych”, którzy mogliby w ciągu paru godzin szarżować po osiem, dziesięć razy po wyczerpującym marszu i nieprzespanej nocy… 4 lipca 2010 roku tych prawdziwych husarzy było po prostu za mało. Możliwe, że część z nich to byli zwykli pospolici maruderzy, trzymający się raczej bliżej taborów, niż pierwszej linii frontu. Miałem nawet niewątpliwą przyjemność poznać paru osobiście i obserwować ich w „boju”. Być może tą „husarię” trzeba zbudować na nowo, a w każdym razie znacznie uzupełnić jej stan i odbudować jej morale, gdyż jeszcze niejedna kampania przed nią w wojnie o Polskę.
Droga, na którą weszliśmy po 4 lipca 2010 roku prowadzi raczej do Gibraltaru, niż pod Kłuszyn. Analogii pomiędzy katastrofami pod Gibraltarem i Smoleńskiem jest coraz więcej i trudno je nawet wszystkie w tym miejscu wyliczyć. Jednym z głównych motywów łączących obydwie sprawy jest Katyń. W 1943 roku sprawa zbrodni katyńskiej położyła się głębokim cieniem na stosunkach polsko-radzieckich. 96 osób poległych w katastrofie pod Smoleńskiem leciało do Katynia właśnie po to, by złożyć hołd 22 tysiącom zamordowanych przez stalinowskie NKWD polskich oficerów. Na czele rosyjskiego rządu stoi dziś KGB-owski spadkobierca dziedzictwa NKWD Władimir Putin. Zarówno wtedy jak i dziś polska w swoich dążeniach niepodległościowych była i jest całkowicie osamotniona. Obrazem dość wyraźnie to dziś unaoczniającym był brak obecności na pogrzebie ś.p. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego czołowych przywódców krajów sprzymierzonych z nami w Unii Europejskiej i w NATO. Pretekstem nieobecności była - jak pamiętamy - chmura wulkanicznego pyłu znad Islandii. Ale komu naprawdę zależało na obecności podczas uroczystości pogrzebowych – ten do Krakowa przyjechał (vide Prezydent Gruzji Michaił Saakaszwili i jego małżonka).
Ani NATO ani Unia Europejska nie domagają się dziś od Rosji przeprowadzenia obiektywnego, niezależnego śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej. W końcu w katastrofie zginęło całe dowództwo polskich - i NATO-wskich przecież - sił zbrojnych. Zginął także prezydent jednego z większych i ważniejszych w regionie krajów Unii Europejskiej. Wygodnie jest dzisiaj politykom z Unii Europejskiej i NATO zasłaniać się decyzją rządu polskiego, który w zasadzie oddał całe śledztwo dotyczące katastrofy Smoleńskiej Rosjanom. Rząd PO w ostatnich miesiącach dał niestety dowód całkowitego braku suwerenności w stosunku do wielkiego wschodniego sąsiada.
Długofalowym skutkiem katastrofy Gibraltarskiej było - jak wiemy - całkowite włączenie Polski do rosyjskiej strefy wpływów. Działania rządu Donalda Tuska pokazują, jak mocne są te wpływy również dzisiaj. Osobiście jestem dość mocno przygnębiony, choć nie zaskoczony, wynikiem wyborów prezydenckich. Platforma Obywatelska w chwili obecnej przejmując wszystkie urzędy w Państwie - całkowicie monopolizuje władzę w swoim ręku. Najlepszym dowodem na to są działania polityków PO mające na celu ukręcenie łba śledztwu prowadzonemu przez komisję sejmową w sprawie afery hazardowej. Ujawniły się one nazajutrz po wyborach. Działania Prezydenta Elekta Bronisława Komorowskiego też są aż nadto czytelne. Patrząc na katastrofę smoleńską i jej skutki możemy dziś zastosować jeden z najlepszych sposobów - moim zdaniem - na ustalenie sprawców zamachu, jakim jest znalezienie odpowiedzi na starorzymskie prawnicze pytanie „Qui prodest?” - kto na tym zyskał? Jednakowoż w chwili obecnej pozostaje nam jedynie wierzyć, że na wyjaśnienie tajemnicy katastrofy Smoleńskiej nie będziemy musieli czekać stu lat, jak to ma miejsce z katastrofą Gibraltarską.
Ale jak dzisiaj myślę sobie o wyniku wyborów 4 lipca 2010 roku, to kiełkuje we mnie nadzieja, że być może ta przegrana bitwa stanie się zaczynem wygranej batalii. Dzisiejsze totalne zwycięstwo być może będzie początkiem końca pewnej antypolskiej formacji politycznej. Być może zamach pod Smoleńskiem stanie się początkiem przebudzenia Narodu Polskiego z letargu, w jakim tkwi on od roku 1989. Położenie Polski Patriotycznej, choć w tej chwili wydaje się niezmiernie trudne, nie jest - mam przynajmniej taką nadzieję - beznadziejne. Coraz większej ilości Rodaków otwierają się oczy. Prawie każdy dzień przynosi tak nieoczekiwane zwroty akcji w sytuacji politycznej, że do niedawna niewielu potrafiło je nawet przewidzieć. Prawdopodobnie w ciągu najbliższego roku lub dwóch wydarzy się w polityce naszego kraju zapewne bardzo, bardzo wiele. Niech żywi zatem nie tracą nadziei. Nie możemy tylko stać z boku, przyglądać się i czekać. Tworzymy razem Społeczny Wrocławski Komitet. Powinnością naszą w chwili obecnej jest działanie - włączenie się do walki o przyszłość naszej Ojczyzny. Bo jak powiedział pewien znany skądinąd „hodowca zwierzątek futerkowych” - Polska jest najważniejsza…