Chcemy mówić co nas boli ...
„Lech Kaczyński - Pamięć i Zobowiązanie” - Konferencja w Jachrance. Początki federacji Komitetów Poparcia Jarosława Kaczyńskiego.
Redaktor: Krzysztof KobielskiW piątek 10 grudnia 2010 roku o godzinie 13:00 w centrum konferencyjnym hotelu „Windsor” w Jachrance nad Zalewem Zegrzyńskim (35 km od Warszawy) rozpoczęła się konferencja „Lech Kaczyński - pamięć i zobowiązanie”. Chciałbym przedstawić Państwu moje osobiste sprawozdanie z tego niezwykle ważnego i doniosłego wydarzenia. Ponieważ w relacji tej posiłkuję się wyłącznie swoją pamięcią i szczątkowymi notatkami (na sali konferencyjnej było ciemno…) - przepraszam, jeżeli wkradłyby się do niej jakieś drobne nieścisłości.
1. W konferencji wzięło udział około tysiąca sygnatariuszy Honorowych Komitetów Poparcia Kandydatury Jarosława Kaczyńskiego na Urząd Prezydenta R.P. i innych gości z różnych miast Polski. Zaproszenia na Konferencję w imieniu organizatorów i Honorowych Komitetów Poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich 2010 roku rozesłali:
- pan Marek Kuchciński, Wicemarszałek Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej,
- pan prof. Ryszard Legutko - przewodniczący delegacji polskiej w Grupie Europejskich Konserwatorów i Reformatorów,
- pan Maciej Łopiński - były Sekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej w latach 2005-2010.
Ponieważ uległo zmianie miejsce organizacji konferencji - uczestnicy, którzy przyjechali do Warszawy pociągami i autobusami zostali na miejsce konferencji dowiezieni autokarami spod warszawskiej siedziby Prawa i Sprawiedliwości przy ulicy Nowogrodzkiej i z ul. Bobrowieckiej, gdzie pierwotnie miała się odbyć konferencja. Od razu dało się zauważyć duże zainteresowanie mediów tą konferencją.
Gdy uczestnicy konferencji po zarejestrowaniu się i pobraniu materiałów konferencyjnych zajęli miejsca na Sali - w imieniu organizatorów powitał ich Jacek Sasin, zastępca szefa Kancelarii Prezydenta R.P. ś.p. Lecha Kaczyńskiego, który prowadził całą konferencję. Zgasły światła i na dwóch wielkich telebimach po dwóch stronach sceny pojawiły się obrazy prezentacji multimedialnej: zdjęcia pary prezydenckiej Lecha i Marii Kaczyńskich. Rozbrzmiała podniosła muzyka i lektor zaczął recytację wiersza Zbigniewa Herberta „Przesłanie Pana Cogito” - jednego z najbardziej znanych jego utworów (z tomu poezji „Pan Cogito” z 1974 roku). Myślę, że słuchając tych strof, tak doskonale pasujących do nastroju chwili i patrząc na naszego Prezydenta ś.p. Lecha Kaczyńskiego - wielu z najwyższym trudem udało się pohamować napływające do oczu łzy. Ponieważ i ja do tych osób należałem – pozwolę sobie przytoczyć „Przesłanie Pana Cogito” w całości:
„Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę
idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch
ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo
bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy
a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys
i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie
strzeż się jednak dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz
powtarzaj: zostałem powołany - czyż nie było lepszych
strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba
one nie potrzebują twego ciepłego oddechu
są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy
czuwaj - kiedy światło na górach daje znak - wstań i idź
dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę
powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy
bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem
jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku
a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku
idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek
do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda
obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów
Bądź wierny. Idź.”
Następnie pieśń zatytułowaną „Prezydent idzie na Wawel” zaśpiewała Maria Gabler.
2. Następnie jako pierwszy głoś zabrał Maciej Łopiński - były Sekretarz Stanu, szef Kancelarii Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego. Jego wystąpienie miało osobisty charakter. Był wyraźnie wzruszony. Na Sali panowało wyjątkowe skupienie. Powiedział, że chciałby się podzielić swoimi refleksjami na temat pracy Lecha Kaczyńskiego jako Prezydenta Rzeczpospolitej. Maciej Łopiński stwierdził, że w ciągu ostatnich kilku lat rzadko mówił od siebie. Z reguły zabierał głos w imieniu Prezydenta. Powiedział: „Zastanawiałem się, jakimi słowami pan Prezydent Lech Kaczyński poleciłby mi Państwa przywitać. Na pewno kazałby ni się nisko Wam pokłonić. I zobowiązałby mnie, żebym Państwu powiedział, że on dalej na Was liczy”. Maciej Łopiński zauważył, że gdyby nie działania Lecha Kaczyńskiego - światowy kryzys gospodarczy dużo bardziej zaciążyłby na sytuacji gospodarki polskiej. Przypomniał rok 2008, wojnę rosyjsko-gruzińską i rolę, jaka wtedy odegrał Lech Kaczyński, który organizując dyplomatyczną koalicję Polski, Litwy, Łotwy, Estonii i Ukrainy – w zasadzie uratował gruzińską niepodległość. Przypomniał to, co zawsze twierdził Lech Kaczyński, że nie ma patriotyzmu bez pamięci. Nasza wolnośćnie jest przypadkowym wynikiem historii. Nasza wolność ma rodowód. Słowa takie odczytał w imieniu ś.p. Prezydenta Maciej Łopiński 17 grudnia zeszłego roku o godzinie 6 rano w Gdyni, podczas obchodów rocznicy krwawych wydarzeń grudnia roku 1970. W tym roku Prezydent Lech Kaczyński już takiego przemówienia nie napisze. I nie weźmie udziału 17 grudnia w uroczystościach 30-rocznicy postawienia Pomnika Poległym Stoczniowcom przed Stocznią Gdańską. Nawiązując do tej rocznicy Maciej Łopiński powiedział, że być może powinniśmy podjąć zobowiązanie, by wznieść inny pomnik, w Warszawie… Nie dokończył tego zdania, ponieważ przerwały mu burzliwe i długie oklaski. Gdyby nie katastrofa w Smoleńsku, bylibyśmy teraz w przededniu zaprzysiężenia nowowybranego Prezydenta R.P., które zawsze odbywało się 23 grudnia. Kończąc swoje wystąpienie Maciej Łopiński powiedział, że Prezydenta Lecha Kaczyńskiego można scharakteryzować zwięźle dwoma określeniami: był nowoczesnym patriotą i Mężem Stanu.
3. Po wystąpieniu Macieja Łopińskiego, najbliższego współpracownika Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Jacek Sasin zapowiedział kolejną prelegentkę - prof. Zytę Gilowską. Wybitna ekonomistka i Minister Finansów w Rządzie Jarosława Kaczyńskiego mówiła na temat obecnego stanu finansów publicznych i swoich kontaktów z tragicznie zmarłym Prezydentem. Zaczęła od słów: „od tej koszmarnej katastrofy, która zmieniła w Polsce wszystko, minęło równe osiem miesięcy”. Zwięźle charakteryzując Prezydenta - powiedziała, że był on romantykiem, ale również, a może przede wszystkim realistą. Ukuła nawet w stosunku do Lecha Kaczyńskiego nowy określnik: „romantyczny realista”. Określiła go jako „człowieka dialogu”, mówiąc o tym, że podczas sprawowania najwyższego urzędu w Państwie nieustannie odbywał konsultacje i zebrania z ekspertami, naradzał się z nimi i debatował. Od śmierci Lecha Kaczyńskiego ten dialog ustał, nastało milczenie. „Ale rzeczywistości nie zamilczymy” - stwierdziła pani profesor, wywołując burzę oklasków. Zyta Gilowska zauważyła, że w latach 2008-2010 deficyt sektora finansów publicznych zwiększył się pięciokrotnie, z 20 do 100 miliardów złotych. W dalszych słowach nie pozostawiła suchej nitki na rządzie Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej. Od śmierci Lecha Kaczyńskiego, czyli w ciągu ośmiu miesięcy, deficyt wzrósł o 60% (z 500 miliardów złotych do 800 mld.). Deficyt ten jest ukrywany przy pomocy różnych machinacji, np. w Krajowym Funduszu Drogowym. Zyta Gilowska powiedziała, że po dojściu do władzy Platformy Obywatelskiej, tj. w roku 2008, państwowy dług publiczny wzrósł o 70 miliardów złotych, czyli ponad dwa razy więcej niż w ciągu dwóch poprzednich lat. Prof. Gilowska zauważyła, że transfery do Otwartych Funduszy Emerytalnych w postaci składek emerytalnych i rentownych nie spadły. Wręcz rozprawiła się z rozpowszechnianymi przez rząd PO informacjami o spadku wpływów Państwa z powodu obniżenia głównych podatków i składek na ZUS, które wprowadził rząd Prawa i Sprawiedliwości. Wpływy Państwa dzięki tym działaniom PiS-u wzrosły o 74 mld. zł. Z kolei zadłużenie samorządów wzrosło w tym okresie o 7%, więc nie można wiązać wzrostu zadłużenia Państwa z inwestycjami unijnymi, co próbuje wmawiać społeczeństwu rząd. Zadała w związku z tym pytanie, dlaczego w takim razie w latach 2008-2010 rośnie deficyt. Poinformowała zebranych, że w latach 2008-2010 wydatki sektora finansów publicznych wzrosły o 100 mld. zł, a w samym tylko 2010 roku - o następne 140 mld. Wobec powyższego nasunęło mi się od razu pytanie: co będzie w roku następnym, 2011-tym, który jest przecież rokiem wyborczym? Przecież PO bardzo chce wygrać wybory. Zyta Gilowska skonkludowała, że rząd co innego mówi, a co innego robi. Działania rządu Donalda Tuska mają charakter wyłącznie propagandowy i tej propagandzie służą. Rząd opowiadając o oszczędnościach - wydaje coraz więcej. Polska się zadłuża i pożycza pieniądze coraz drożej. Polskie obligacje rządowe mają w 2010 roku rentowność 6,2%. Zatem są nawet bardziej rentowne od hiszpańskich, a Hiszpania jest krytykowana przez inne kraje Unii Europejskiej jako kraj najbardziej pod tym względem rozrzutny i w związku z tym zagrożony zapaścią finansów publicznych. Polskie zadłużenie publiczne przekroczyło 200 miliardów złotych, a z tego zadłużenie krótkoterminowe (najbardziej niebezpieczne dla stabilności państwa) - 50 mld. Zyta Gilowska stwierdziła wręcz, że rząd wszelkimi metodami stara się ukryć to zadłużenie, że „upycha długi po kątach”. Służyć temu mają różne działania, jak na przykład nowelizacja ustawy o Banku Gospodarstwa Krajowego. Zyta Gilowska stwierdziła, że rząd nie komunikuje się z obywatelami w żaden sposób. Niezwykle trudno jest nawet fachowcowi wyłuskać konkretne informacje ekonomiczne z szumu medialnego tworzonego przez rząd. Cytując słowa piosenki Zyta Gilowska powiedziała, że rząd próbuje nam „zabełtać błękit w głowie”. Ale z drugiej strony „Zegarmistrz Światła Purpurowy” dysponuje chyba zbyt poważnym instrumentem, żeby było to możliwe. Stwierdziła, że rząd zachowuje się jak producenci margaryny i używanych samochodów. Ale zamiast margaryny możemy jeść masło, a starego samochodu nie musimy kupować. Jednakże - nawiązała tu do poglądów Lecha Kaczyńskiego - z Państwa zrezygnować nie możemy, bo Naród bez Państwa nie ma Domu, jest Narodem Bezdomnym. Państwo jest Domem dla Narodu. Po tych słowach dostała długą owację na stojąco. Oklaski podsumowała z właściwą sobie swadą: „klaskać łatwo, trudniej wziąć się do roboty!”. Zyta Gilowska stwierdziła, że bez diagnozy nie ma właściwej terapii. Są dziurawe drogi, są krzywe chodniki. Jest mnóstwo pracy do wykonania i od tej pracy trzeba zacząć. Trzeba obiektywnie przyznać, że Zyta Gilowska wzbudziła swoim rzeczowym i konkretnym wystąpieniem największy entuzjazm słuchaczy. Więcej braw dostał chyba tylko Jarosław Kaczyński.
4. Jako trzeci z mówców głos zabrał prof. Ryszard Legutko - przewodniczący delegacji polskiej w Grupie Europejskich Konserwatorów i Reformatorów Parlamentu Unii Europejskiej. Jego wystąpienie możnaby zatytułować „Wizja i Koncepcja Państwa Prezydenta Lecha Kaczyńskiego”. Charakteryzując osobę Prezydenta zwrócił uwagę na to, że z wykształcenia i zawodu był prawnikiem. Jednakże z zamiłowania był historykiem. A z kolei związkowcem był z doświadczenia. Podobnie jak jego poprzednicy przypominał spotkania, które organizował Lech Kaczyński, między innymi te cykliczne w Lucieniu. Powiedział, ze w ciągu swojej historii Polacy dwukrotnie stracili swoje Państwo. Dlatego Suwerenność Państwa Polskiego powinna być dla Polaków celem podstawowym. Jednakże po 1989 roku, kiedy odzyskaliśmy niepodległość – suwerenność państwa stała się passé. Ideologia liberalna państwo narodowe zastąpiła pojęciem państwa obywatelskiego. Państwo zastąpiła ideologia globalizacji i europejskiego „demosu”. Ryszard Legutko - nawiązując do poglądu wyznawanego przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego - stwierdził, że jeżeli w polityce nie ma równowagi - to suwerenność jest zagrożona. Zauważył, że Lech Kaczyński opierał polską politykę zagraniczną na dwóch elementach: czynniku euroatlantyckim i współpracy krajów będących przed rokiem 1989 w strefie wpływów ZSRR. Strategia ta była zakrojona na dziesięciolecia. Obecną aktywność Unii Europejskiej określił w dużym stopniu jako generowanie olbrzymiej ilości haseł i zaklęć. Zauważył też, że w Unii Europejskiej państwa silne tracą mniej suwerenności, a państwa słabe - dużo więcej. Przypomniał też zachowanie Lecha Kaczyńskiego w sprawie ponownego referendum irlandzkiego, kiedy to doszło do ewenementu polegającego na wymuszeniu przez Unię powtórzenia referendum i złamania zasad demokracji. Prezydent Lech Kaczyński wtedy zdecydowanie protestował, stając po stronie Irlandii. Obok suwerenności zewnętrznej niezwykle ważna jest również suwerenność wewnętrzna. Prezydent Lech Kaczyński zawsze uważał, że Polskie Państwo nie tylko musi być silne, ale musi być obecne. Jako przykład takiego poglądu Prezydenta Lecha Kaczyńskiego prof. Ryszard Legutko podał brak jego zgody na komercjalizację służby zdrowia. Prezydent Lech Kaczyński nie był zwolennikiem etatyzacji państwa. Uważał, że silne państwo gwarantuje wolność żyjącym w nim wspólnotom, takim jak np. rodzina. Był przeciwny ograniczaniu wolności jednostki.
5. Kolejne wystąpienie wygłosił Krzysztof Ardanowski - doradca Prezydenta Lecha Kaczyńskiego do spraw wsi i rolnictwa. Przypomniał, że hasłem wyborczym Lech Kaczyński w kampanii prezydenckiej była „Polska Solidarna”. Ale zauważył również, że nie było to tylko hasło wyborcze, ale dewiza Prezydenta. Zwrócił uwagę na liczne inicjatywy Prezydenta dotyczące wsi: powołanie Rady do spraw wsi przy Prezydencie R.P., liczne spotkania z rolnikami, jak choćby przy okazji Dożynek Jasnogórskich, czy Dożynek Prezydenckich w Spale i wielu innych. Zauważył, że w kontraście do działań, które cechowały Lecha Kaczyńskiego - obecny rząd w swoich priorytetach dotyczących zbliżającej się polskiej Prezydencji w Unii Europejskiej tematem rolnictwa się w ogóle nie zajął. Rząd PO nie próbuje przeciwstawić się rządom Niemiec i Francji, które nie godzą się na zrównanie dopłat do rolnictwa dla poszczególnych krajów po roku 2013-tym. Zauważył, że chłopi są współtwórcami etosu narodowego. Przypomniał zniszczenie polskiego ruchu ludowego w latach 1947-48. Jako przykład lekceważenia tematu rolnictwa przez obecnego Prezydenta Bronisława Komorowskiego podał nakład książki autorstwa Barbary Fedyszak-Radziejowskiej, będącej plonem organizowanej przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego konferencji „Wieś i rolnictwo w debacie publicznej”. Książka tej wybitnej specjalistki od spraw wsi została wydana prze Kancelarię Prezydenta Komorowskiego w ilości … 60 (!) egzemplarzy. Lech Kaczyński mówił między innymi: „Polską wsią powinni zajmować się wszyscy, którzy zajmują się polską polityką”. Podsumowując swoją wypowiedź Krzysztof Ardanowski powiedział: „Polska wieś straciła swojego wielkiego przyjaciela, mentora i opiekuna. Zróbmy wszystko, by Jego myśl mogła być dalej realizowana”.
6. Profesor Andrzej Waśko z Uniwersytetu Jagiellońskiego mówił o „Tożsamości Narodowej Polaków”. Powiedział, że jego wykład mógłby nosić tytuł „Jaki był Patriotyzm Lecha Kaczyńskiego?”. Mówił o obecnej alternatywie: pomiędzy historią i nowoczesnością. Nakreślił rodzącą się współcześnie alternatywę: pomiędzy patriotyzmem wspomnień i imponderabiliów a patriotyzmem dnia współczesnego. Podkreślał (sam jako historyk) ogromną znajomość historii przez Lecha Kaczyńskiego. Postawie Lecha Kaczyńskiego przeciwstawił hasło liberałów „Wybierzmy przyszłość!”. Prezydent Lech Kaczyński w swojej myśli politycznej łączył tradycję romantyczną z tradycją II R.P., wyrażającą się choćby takim hasłem, jak „nie znamy pokoju za wszelką cenę”. Ponad wszystko przedkładał obronę Polski przed całkowitym zdominowaniem przez obce interesy. Prezydent Lech Kaczyński na temat Katynia, Golgoty Wschodu, powiedział: „pamięć - zmarłym, żyjącym - pojednanie”. W swoim ostatnim przemówieniu, którego nie dane mu było wygłosić w Katyniu, w 70-tą rocznicę wymordowania polskich oficerów, napisał jakże znamienne słowa: „Racje nie są rozłożone po równo. Rację mają ci, którzy walczą o wolność”. Prof. Waśko zauważył, Prezydent Kaczyński zawsze wyznawał afirmację „silnej woli”. Twierdził też, że patriotyzm z wydajną pracą nie mają nic wspólnego, że są to dwie różne kategorie. Andrzej Waśko podkreślił, że wobec poległych w katastrofie smoleńskiej obowiązuje nas ich upamiętnienie, tak jak oni chcieli upamiętnić to, co wydarzyło się 70 lat temu w Katyniu. Prezydent Lech Kaczyński za swojego życia był gorącym orędownikiem Idei Solidarności, w której równoważą się interesy różnych grup społecznych.
7. Prof. Zdzisław Krasnodębski zaczął swoją wypowiedź od stwierdzenia, że dla Prezydenta Lecha Kaczyńskiego najważniejsze były: Wolność Rzeczpospolitej i Solidarność Polaków. Z całym przekonaniem podkreślił, że wszyscy mamy świadomość, kogo utraciliśmy. Idea nowoczesnego polskiego republikanizmu - to różniło Lecha Kaczyńskiego od jego poprzedników i jego następcy. Nie ulegał on modnym ideom transnarodowym, postpolityce i prepolityce, gdzie wolność indywidualna jest przeciwstawiana wolności wspólnej. Prezydent Kaczyński był realistą. Wiedział, że konflikty są nieuniknione. Wiedział, że „nie ma wolności bez Solidarności”. Uznawał wartość „solidarności socjalnej”: „można być obywatelem, ale trzeba być właścicielem”. Zauważał po roku 1989 niską innowacyjność i zależność Polski od kapitału zagranicznego. Zwracał uwagę na konieczność „uobywatelnienia Polaków”. Zdzisław Krasnodębski skonstatował, że przeżywamy w tej chwili regres obywatelski. Prezydent Lech Kaczyński wyznawał pogląd, że bycie obywatelem zakłada bycie obywatelem cnotliwym. Widział konieczność odnowienia cnót, wyznawał nadrzędność interesu wspólnego nad interesem indywidualnym. Prezydent Lech Kaczyński miał cnotę odwagi. A uwzględniając bezprzykładne ataki na jego osobę i to, jak je znosił – wręcz uzasadnione jest mówienie o heroizmie. Prof. Zdzisław Krasnodębski zakończył swoje wystąpienie zdaniem: „naszym zobowiązaniem jest wcielenie tego dziedzictwa w życie”.
8. Kolejnym mówcą był Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński. Na wejściu dostał długą owację na stojąco i gdyby nie zaczął mówić - pewnie trwałaby jeszcze dłużej. Był najbardziej ciepło przyjętym prelegentem. Stwierdził, że podsumowywanie Prezydentury jego zmarłego Brata wydaje mu się w tej chwili przedwczesne. Powiedział: „Mój Brat był człowiekiem „Solidarności”, jak to na jego pogrzebie powiedział Janusz Śniadek, którego tu witam”. Zwrócił uwagę na to, że „Solidarność” był to ruch związany ze swoim czasem, ale wychylony ku przyszłości, ku niepodległości Polski. Podkreślił, że Prezydentura Lecha Kaczyńskiego stała się weryfikacją idei „Solidarności” w rzeczywistości. Zauważył podobieństwo do weryfikacji tradycji insurekcyjnej po odzyskaniu Niepodległości i powstaniu II R.P. W II R.P. miała miejsce ta weryfikacja za przyczyną Józefa Piłsudskiego. Była też jego zdaniem weryfikacja głębsza - Romana Dmowskiego. Lech Kaczyński z zadania tej weryfikacji chciał się wywiązać w wymiarze zarówno gospodarczym jak i międzynarodowym. Okres Prezydentury Lecha Kaczyńskiego to dwadzieścia kilka miesięcy współpracy z rządem Jarosława Kaczyńskiego (wcześniej Kazimierza Marcinkiewicza). Późniejszy okres to zdecydowana walka prowadzona z Lechem Kaczyńskim przez rząd Platformy Obywatelskiej. Wielki opór wzbudziła likwidacja Wojskowych Służb Informacyjnych, której Lech Kaczyński był zdecydowanym zwolennikiem. Stwierdził, że Lech Kaczyński był przeciwny zamykaniu kwestii społecznej w jakiejś bardzo zwartej, wewnętrznie koherentnej doktrynie. Uważał, że rzeczywistość społeczna jest bogatsza i nie da się zamknąć w jakiejś doktrynie politycznej. Lech Kaczyński nie realizował doktryny. Ale jeżeli już odwoływać się do jakiejś doktryny, to należy stwierdzić, że był on Człowiekiem Solidarności. Był prawnikiem, specjalistą od prawa pracy. Zawsze podkreślał - szczególnie na płaszczyźnie kontaktów z Unią Europejską - aspekty prawne. Dostrzegał, jak ważne jest prawo, ale z kolei uważał system prawny Unii Europejskiej za zdecydowanie przeregulowany. Zwracał na to uwagę zarówno w aspekcie Traktatu Lizbońskiego, którego ratyfikacji był przeciwnikiem, jak również w przypadku referendum irlandzkiego. Podkreślił, że Lech Kaczyński miał świadomość, że prawo Unii Europejskiej nie kwestionuje suwerenności Państwa. Sensem jego pracy było również niedopuszczenie do dominacji elit w życiu społecznym (bez określania ich przymiotników). Właśnie w Katyniu w kwietniu tego roku Lech Kaczyński chciał przekazać kilka ważnych prawd. Prawda o tym, że „Racje nie są rozłożone po równo. Rację mają ci, którzy walczą o wolność”, była podstawową. Swoją wypowiedź Jarosław Kaczyński zakończył słowami: „Jeżeli chcemy tradycję, którą kontynuował Lech Kaczyński, wcielać w życie, to o tej prawdzie musimy przede wszystkim pamiętać”. Dostał owacyjne oklaski na stojąco.
9. Po wystąpieniu Jarosława Kaczyńskiego Jacek Sasin ogłosił przerwę. Po przerwie miała odbyć się prezentacja multimedialna dra Tomasza Żukowskiego, a następnie dyskusja. Drugą część konferencji również zapoczątkował występ artystyczny - jako pierwszy po przerwie wystąpił bard „Solidarności” z Krakowa Paweł Orkisz. Po nim głos zabrał dr Tomasz Żukowski, który przedstawił prezentację na temat zmian postrzegania osoby Prezydenta Lecha Kaczyńskiego na podstawie sondaży opinii publicznej przeprowadzanych w różnych okresach czasu. Analizował wpływ „przemysłu pogardy” na wyniki tych sondaży. Ważnym aspektem była zmiana w postrzeganiu Prezydenta Lecha Kaczyńskiego po 10 kwietnia tego roku.
10. W czasie przerwy uczestnicy konferencji mogli składać wypełnione ankiety, w których organizatorzy zadali im kilka pytań na temat pomysłów na formy organizacyjne przyszłego ruchu społecznego. Pytali o formę uczestnictwa w obecnych działaniach, o plany uczestnictwa w działaniach mających nieć miejsce w przyszłości, o cele i zadania ruchu społecznego. Zebranie tych informacji zapewne pozwoli na wybranie najlepszej formy działania.
11. Potem rozpoczęła się dyskusja. Ze względu na przekroczenie harmonogramu czasowego Jacek Sasin zapowiedział, że wystąpienia dyskutantów powinny być w miarę krótkie oraz że istnieje ryzyko, że nie wszyscy chętni będą mogli zabrać głos. Tych, którzy nie będą mieli możliwości wypowiedzenia się poprosił o przesyłanie pisemnych wypowiedzi na adres Kancelarii Wicemarszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego. Jako pierwszy głos zabrał były przewodniczący NSZZ „Solidarność” Janusz Śniadek. Jego głos był o tyle ważny, że zarówno Jarosław Kaczyński jak i kilku przedmówców cytowało jego słowa wypowiedziane podczas pogrzebu Prezydenta Lecha Kaczyńskiego 19 kwietnia 2010 roku w Krakowie. Mówił o dziedzictwie Lecha Kaczyńskiego, jego zaangażowaniu w sprawy pracownicze i jego związków z „Solidarnością”. Mówił także o problemach społecznych w Polsce, o tym że zaledwie 16,5% bezrobotnych w Polsce otrzymuje zasiłek oraz o niskiej wysokości tego zasiłku. Zauważył, że średnia płaca w Polsce jest pięciokrotnie niższa od średniej płacy w Unii Europejskiej, natomiast zasiłek dla bezrobotnych jest w Polsce dziesięciokrotnie niższy od średniej unijnej.
12. Jako drugi mówca w dyskusji, a pierwszy przedstawiciel Honorowych Komitetów Poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich 2010 roku, miał zabrać głos prof. Marek Dyżewski z Wrocławia. Niestety wypadek, w którym uczestniczyła wioząca go na dworzec kolejowy w Poznaniu taksówka, uniemożliwił mu zdążenie na pociąg do Warszawy i udział w Konferencji. To wielki pech i wielka szkoda, przede wszystkim dla naszego Wrocławskiego Komitetu, gdyż niewątpliwie głos pana profesora byłby doniosłym głosem w dyskusji i na pewno wzbudziłby uznanie i zainteresowanie obecnych na konferencji delegatów z całej Polski. Jednakże i tak należy zwrócić uwagę na docenienie przez organizatorów rangi naszego komitetu (największego w Polsce, bo liczącego ponad 1000 osób), poprzez oddanie głosu naszemu przedstawicielowi jako pierwszemu.
13. Jako drugi dyskutant po Januszu Śniadku zabrał głos prof. Stanisław Mikołajczak z Poznania, przewodniczący tamtejszego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego. Mówił o zasadzie solidarności społecznej zastosowanej do utrzymania i wychowania dzieci oraz o problemach demograficznych naszego kraju. Temat i treść wystąpienia prof. Mikołajczaka pokrywała się z jego wykładem, który wygłosił 13 listopada 2010 roku na wrocławskiej konferencji popularno-naukowej „Pytania o naszą niepodległość”.
14. Posłanka Prawa i Sprawiedliwości Izabela Kloc z Górnego Śląska mówiła o programie samorządowym. Przedstawiła idee prowadzonej przez PiS „Akademii Samorządowej”. Zrównoważony Program Samorządowy przeciwstawiła programowi polaryzacyjno-dyfuzyjnemu, promowanemu przez PO, opartemu o „lokomotywy wzrostu” w postaci dużych metropolii.
15. Piotr Naimski, opozycjonista, polityk, były wiceminister gospodarki w rządzie PiS, mówił na tematy gospodarcze, a przede wszystkim bezpieczeństwa energetycznego Polski. Mówił o inicjatywach wspieranych przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego - m. in. o gazoporcie i porcie zewnętrznym w Świnoujściu.
16. Po Piotrze Naimskim głos w dyskusji zabrali jeszcze: Włodzimierz Klonowski z Komitetu Warszawskiego, Michał Struzik, Jacek Wrona (najmłodszy z doradców Lecha Kaczyńskiego).
17. Po nich w imieniu naszego Wrocławskiego Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego na Urząd Prezydenta R.P. głos zabrał członek wrocławskiej delegacji pan Krzysztof Grzelczyk. Zwrócił uwagę na ideę otwartości naszego Komitetu i na jego wielkość (ponad 1040 sygnatariuszy) oraz poparł ideę ruchu federacyjnego z zachowaniem dużej autonomii komitetów. Zaproponował, aby za patrona ruchu tworzącej się Federacji Honorowych Komitetów Poparcia Jarosława Kaczyńskiego przyjąć ś.p. Prezydenta R.P. Lecha Kaczyńskiego. Pomysł ten został przyjęty oklaskami. Ostatnim mówcą był Witold Marcewicz i na jego wypowiedzi zaproponowano dyskusję zakończyć.
18. Z kronikarskiego obowiązku pragnę nadmienić, że w skład delegacji wrocławskiej oprócz prof. Marka Dyżewskiego (któremu wskutek nieszczęśliwego zbiegu zdarzeń do Jachranki nie udało się dojechać) i Krzysztofa Grzelczyka wchodzili: Małgorzata Surma-Jaszczuk, Eugeniusz Szumiejko i piszący te słowa Krzysztof Kobielski. Z Wrocławia był również m.in. wrocławski poseł Prawa i Sprawiedliwości Dawid Jackiewicz. W kuluarach konferencji można było zamienić kilka zdań z posłami Antonim Macierewiczem, Zbigniewem Ziobro, europosłem Jackiem Kurskim, sędzią Bogusławem Nizieńskim i wieloma innymi znaczącymi dla polskiej polityki osobami. Na konferencji byli również pani Halina Spasowska i pan Marek Delimat z naszego Wrocławskiego Komitetu, jednakże z sygnałów, jakie docierały do członków naszego Komitetu po zakończeniu konferencji, wynika że prowadzili oni tam co najmniej dwuznaczne działania, reprezentując interesy, które z samym Komitetem i celem dla którego został powołany raczej niewiele miały wspólnego. Najwyraźniej bez upoważnienia ze strony Komitetu występowali z inicjatywami, które wzbudziły konsternację wśród członków komitetów z innych miast.
19. Na zakończenie Konferencji pan Marek Kuchciński, Wicemarszałek Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej, odczytał projekt „Deklaracji uczestników konferencji „Lech Kaczyński - Pamięć i Zobowiązanie” 10 grudnia 2010 r.”. Treść deklaracji brzmiała:
„Jesteśmy reprezentantami środowisk społecznych identyfikujących się z programem tragicznie przerwanej prezydentury śp. Lecha Kaczyńskiego. Aktualna sytuacja Polski napawa nas głębokim niepokojem i troską o przyszłość. Chcemy pracą i aktywnością publiczną wpłynąć na zawrócenie naszego państwa z drogi politycznego i ekonomicznego kryzysu. Jesteśmy przekonani, że demokracji i perspektywom rozwoju Polski możemy dzisiaj przysłużyć się poprzez aktywne kontynuowanie idei Lecha Kaczyńskiego w działalności publicznej dla dobra naszej Ojczyzny.
Odwołujemy się do dziedzictwa ideowego, na które składa się tożsamość narodowa oparta na pamięci historycznej, patriotyzm, silne i solidarne państwo o mocnej pozycji na arenie międzynarodowej.
Ideom tym chcemy służyć poprzez skoordynowaną działalność naszych środowisk lokalnych i zawodowych. Łączymy się w szerokim ruchu, za którego patrona obieramy śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Rozpoczynamy integrację aktywnych obywateli, podzielających nasze przekonania oraz przystępujemy do wspólnej pracy, której celem jest naprawa Rzeczpospolitej.”
Uczestnicy Konferencji przyjęli deklarację przez aklamację - rzęsistymi oklaskami. W moim - i nie tylko moim - przekonaniu znaczenie tej deklaracji jest niezwykle doniosłe. Jest to początek zjednoczenia się Honorowych Komitetów Poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich 2010 roku. Początek nowego ogólnopolskiego społecznego ruchu patriotycznego. Myślę, że bardzo dobrze się stało, że się spotkaliśmy i przyjęliśmy taką deklarację.
20. Na zakończenie Konferencji organizatorzy zaprosili uczestników na obiad, ale w tej części programu uczestniczyć już nie mogłem. Po godzinie 18:00 spod hotelu „Windsor” w Jachrance odjeżdżały podstawione przez organizatorów autokary, które miały zawieźć jej uczestników do Warszawy. Tam o godzinie 19:00 w Archikatedrze rozpoczynała się msza święta w intencji ś.p. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego małżonki Marii i innych osób poległych w czasie katastrofy pod Smoleńskiem w dniu 10 kwietnia 2010 r. W tej mszy jak również w mającym po niej nastąpić przemarszu pod Pałac Prezydencki chciałem koniecznie uczestniczyć. Mszy przewodniczył oraz homilię wygłosił ksiądz biskup Antoni Dydycz. Archikatedra Warszawska była wypełniona po brzegi. Wielu modlących się miało krzyże i flagi narodowe przepasane kirem. Modlitwa Powszechna wielokrotnie była przerywana oklaskami. Na zakończenie wierni odśpiewali hymn „Boże Coś Polskę…” ze słowami „Ojczyznę Wolną racz nam wrócić, Panie…”.
21. Po zakończeniu mszy, której nastrój był bardzo podniosły, jej uczestnicy w modlitewnym marszu wyruszyli pod Pałac Prezydencki na Krakowskim Przedmieściu, aby tam modlić się, demonstrować i protestować. Manifestacja z transparentami, krzyżami, flagami, tablicami, zniczami i pochodniami liczyła kilka tysięcy osób. Trudno dokładnie określić mi ich ilość. Tłum odśpiewał Hymn Narodowy. Dominował nastrój modlitwy, ale też słychać było wznoszone hasła: „tu jest Polska, a nie Moskwa!”. Ktoś niósł transparent z napisem: „Byłeś w ZOMO, byłeś w ORMO, teraz jesteś za Platformą!”. Do zebranych przemówił między innymi Jarosław Kaczyński, który podziękował zebranym za przybycie, za pamięć o jego Bracie i za pamięć o wszystkich ofiarach Smoleńskiej tragedii. Powiedział, że będziemy się spotykali w tym miejscu aż do czasu, kiedy prawda o zbrodni smoleńskiej zostanie ostatecznie wyjaśniona.
Mroźny wieczór, atmosfera i nastrój przywoływały te sprzed niespełna trzydziestu laty…
Opr. Krzysztof Kobielski.
Nie róbmy polityki. Sadźmy zioło...
Redaktor: Krzysztof KobielskiZ ostatniej chwili: W mieszkaniu 21-letniego Dawid Chełmeckiego, kandydata platformy Obywatelskiej na radnego Jaworzna, policja znalazła haszysz. Dawid Chełmecki wpadł przypadkowo, kiedy w ramach „wielowątkowej sprawy narkotykowej” funkcjonariusze policji szukali dilerów narkotyków. Adres jednego z nich był im znany. W wytypowanym mieszkaniu przebywało trzech innych mężczyzn. Jednym z nich był Dawid Chełmecki, kandydat na radnego PO. Policjanci zdecydowali się również na interwencję w ich domach. W mieszkaniu samorządowca znaleźli pewną ilość haszyszu. Niedoszły samorządowiec przyznał się do posiadania narkotyków i ma szansę stanąć przed sądem.
Kandydat na radnego Dawid Chełmecki od 21 października tego roku stał się „gwiazdą medialną” PO.
W Internecie pojawił się filmik z jego udziałem, stał się sławny na całą Polskę, a jego szanse w sondażach internetowych skoczyły gwałtownie w górę. Kandydat na radnego z ramienia PO w Jaworznie, prezentując w lokalnej telewizji CTV wyborczy, w pewnym momencie stracił wątek i przeklął. Wyjątkowo błyskotliwy i kompetentny kandydat miał problem z odpowiedzią na pytanie „Co jako radny zamierza pan zrobić dla naszego miasta?”. Dawid Chełmecki mówił o budowaniu boisk, jednak bardzo szybko zgubił wątek, rozłożył się w fotelu i powiedział: „- Ja pierd… nie wiem”. Kandydat PO chciał powtórzyć nagranie, jednak dziennikarka prowadząca program powiedziała mu, że jest on prowadzony na żywo i nie ma takiej możliwości.
Pewnie kandydat nie miałby większego problemu ze swoim skandalicznym w lokalnej telewizji, gdyby nie fakt, że debata odbywała się w programie na żywo. CTV zaprosiła do programu dwóch kandydatów na radnych: Dawida Chełmeckiego z Platformy Obywatelskiej oraz Dariusza Chrapka z klubu "Jaworzno Moje Miasto".
Prowadząca program dziennikarka nie skomentowała zajścia i przeszła do dalszej części debaty. Sprawę opisały lokalne media, m.in. Naszemiasto.pl. Można by to skomentować, tak jak jeden z internautów: „Jak to powiadają: człowiek ze wsi wyjdzie, ale wieś z człowieka nigdy…”
Chełmecki tłumaczył się po programie telewizyjnym, że nie wiedział, iż program jest nadawany na żywo. Na portalu społecznościowym Facebook stwierdził, że jego niewiedza o tym, iż program jest na żywo, miała wynikać z tego, że na debacie znalazł się w zastępstwie, a zaproszenie miał otrzymać w ostatniej chwili. Próbował także w Internecie (na portalu „nasza klasa”) przekuć swoją porażkę w sukces, nadal posługując się podobnym, wulgarnym językiem.
Jednakże - jak zauważają medioznawczy - to co jest na języku, jest i w mózgu, bo pochodzi z wnętrza człowieka. Wypowiedź młodego polityka PO jest szczególnie bulwersująca również w kontekście ataku na siedzibę Prawa i Sprawiedliwości w Łodzi i zabójstwa działacza PiS Marka Rosiaka 19 października 2010 roku.
Zdaniem dr Hanny Karp, medioznawcy z Wyższej Szkoły Komunikacji Społecznej i Mediów z Torunia, PO próbuje wmówić społeczeństwu, że to PiS nie trzyma nerwów na wodzy, a przypadek Dawida Chełmeckiego wskazuje na to, iż można by sporo zarzucić partii rządzącej.
- Na pewno zawiodły mu nerwy, jednak w tym momencie trudno go usprawiedliwiać. Różne rzeczy zdarzały się w studiach radiowych czy telewizyjnych, ale ta sytuacja jest dosyć wyjątkowa. Pojawienie się przekleństwa świadczy o tym, że mamy do czynienia z eskalacją tego, co się dzieje - uważa dr Karp.
Profesor Krystyna Czuba, medioznawca z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i WSKSiM w Toruniu, zauważa, że kultura języka świadczy o człowieku: „ - Niezależnie od tego, czy słowa wypowiada w swoim domu, czy publicznie, to zawsze świadczy o kulturze, ale publiczne wypowiadanie pewnych słów w czasie, który ma pokazać, że człowiek ma być wart publicznego zaufania, a on pozwala sobie na tego typu wypowiedzi, to już jest niedobre świadectwo. Jeśli poprą go wyborcy, to znaczy, że popierają ten język i ten styl myślenia”. Jak zauważa dr Karp, taki język jest raczej językiem przestępców. Incydent z wulgarną wypowiedzią w studiu telewizyjnym nie spowodował, że Platforma Obywatelska usunęła D. Chełmeckiego z partii i ze swoich list wyborczych. Stało się tak dopiero po incydencie z narkotykami. Dłużej nie można już było bronić swojej młodej gwiazdy.
W ostatniej wypowiedzi dla audycji „Kontrwywiad” w radiu RMF FM przewodniczący śląskich struktur Platformy Obywatelskiej i przewodniczący klubu parlamentarnego PO Tomasz Tomczykiewicz tak skomentował incydenty związane z ich „najnowszą gwiazdą medialną”, panem Dawidem Chełmeckim:
Konrad Piasecki (RMF FM): Najpierw kompromitacja telewizyjna, teraz wpadka narkotykowa. Skąd PO bierze takie "perły", takich kandydatów na radnych?
Tomasz Tomczykiewicz: - Zdarzy się. 40 tysięcy kandydatów w całym kraju, mogę tylko przeprosić.
Pana człowiek, pana region. Jak przeszedł przez sito PO?
- Nie jest łatwo wyłapać każdego odszczepieńca. Jeszcze raz najmocniej przepraszam, że takie coś się zdarzyło.
Dawid Ch. zniknie z PO?
- Z PO już zniknął. Mam nadzieję, że uda się wycofać go z list wyborczych. Taką deklarację już złożył, tak że jeszcze tylko procedury.
Ale podpisał już stosowne dokumenty?
- Tak, z tego, co informował mnie szef tamtejszej struktury.
Przypomnijmy, że to właśnie pan Tomasz Tomczykiewicz zapraszał ostatnio panią Joannę Kluzik-Rostkowską do wstąpienia do Platformy Obywatelskiej. Pani Joanna miałaby bardzo dobre, ekskluzywne towarzystwo.
Kiedyś, w latach 50-tych ubiegłego wieku śpiewano piosenkę z refrenem: „To idzie młodość, młodość, młodość!”. Chciałoby się zaśpiewać: „To idzie młodość PO!”. Zapraszam do obejrzenia załączonego filmu. Robi spore wrażenie. Szczególnie potworny wysiłek intelektualny kandydata. Ale może ma on związek z przyczyną jego dzisiejszego aresztowania i znalezionymi u niego w domu specyfikami…
Nie pozostaje mi tylko nic innego, jak tylko poprzeć przewodniczącego PO i Premiera Donalda Tuska w jego samorządowych hasłach wyborczych:
Nie róbmy Polityki. Bluzgajmy i sadźmy zioło… ;-).
Dlaczego zacząłem wydawać "Bibułę Wrocławską"?
Redaktor: Krzysztof KobielskiPostanowiłem dzisiaj uczciwie wyłuszczyć Państwu swoje - związane po części z tytułem niniejszego tekstu - motywacje. I to szczerze, do bólu, jak na spowiedzi. Wydarzenia w kwietniu tego roku doprowadziły moim - i chyba nie tylko moim - zdaniem do całkowitego zresetowania sytuacji politycznej w naszym kraju. Katastrofa rządowego samolotu Tu-154M pod Smoleńskiem, w której zginął Prezydenta RP ś.p. Lech Kaczyński oraz z 95 innych osób, będących w większości luminarzami życia publicznego i politycznego naszego kraju, była wydarzeniem wstrząsającym, potwornym, wręcz nieprawdopodobnym, niemożliwym do uwierzenia.
Gdy wkrótce po katastrofie słyszałem opinie niektórych osób, że mógł to być zamach - wydało mi się to absolutnie absurdalne. Złościłem się nawet w duchu na mojego Tatę i parę znajomych osób za te twierdzenia. 10 kwietnia 2010 roku uważałem je za insynuacje. Wersja rosyjskiego zamachu, zamordowanie polskiego Prezydenta na ziemi rosyjskiej podczas obchodów 70-tej rocznicy mordu katyńskiego - wydało mi się to tak horrendalnie bezczelne, że po prostu nie mogło być prawdziwe, nie mogło być realne. Nie mieściło mi się to wtedy w głowie. Jednakże wszystko to, co następowało po 10 kwietnia 2010 roku, cały przebieg rosyjskiego "śledztwa" i haniebna decyzja Donalda Tuska o powierzeniu całego śledztwa Rosjanom - wszystko to z dnia na dzień coraz bardziej przekonywało mnie, że to nie był zwykły wypadek, że "Przyjaciele Moskale" po raz kolejny odcisnęli swoje zabójcze piętno na naszej historii.
Moim zdaniem rosnące z każdym dniem podejrzenie, a w moim osobistym przypadku przekonanie, że w XXI wieku w środku Europy jest możliwe, aby jedno państwo na swoim obszarze dokonało śmiertelnego zamachu na prezydenta drugiego państwa - w dodatku będącego członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego i Unii Europejskiej - samo to może doprowadzić człowieka do obłędu. A konstatacja faktu, że przywódcy całego cywilizowanego świata patrzą na to wszystko i nic w tej sprawie nie robią - ten obłęd może tylko przyśpieszyć i powiększyć. Fakt, że "polski" (od 10 kwietnia 2010 roku cudzysłów moim zdaniem jest niezbędny) rząd staje po stronie zamachowców, a polskie społeczeństwo żyruje poparcie dla polityki tego rządu w będących następstwem zamachu wyborach prezydenckich - jest to rzecz tak przygnębiająca, że z czysto logicznego punktu widzenia uzmysłowienie sobie jej wydaje się wręcz niemożliwe do zniesienia dla normalnego człowieka.
Jedyne, co mi się w tej chwili nasuwa to to, że my Polacy już nie jesteśmy normalnym, zdrowo myślącym narodem i społeczeństwem. Jako naród pozostajemy w jakimś stanie totalnej psychiatrycznej zapaści. Swego czasu bardzo podobał mi się film Milosa Formana "Lot nad Kukułczym Gniazdem" z 1975 roku oparty na fabule powieści Kena Keseya. Dziś, wspominając ten film i jego fabułę, kategorycznie uważam, że nie wolno nam tych "polskich wariatów" pozostawić samych sobie w zakładzie zwanym II RP. Nie możemy się przyglądać obojętnie ich obłędowi. Musimy działać i próbować ich ratować.
Przyśpieszone wybory prezydenckie i decyzja Jarosława Kaczyńskiego, aby w nich wystartować - nie pozostawiły mi jakiejkolwiek wątpliwości, po której stronie należy się opowiedzieć. Uważałem, że w kampanii wyborczej nie było innej alternatywy, niż poparcie Jarosława Kaczyńskiego. Dzisiaj każdy, kto go popiera - po prostu głosuje za Polską. Alternatywą jest „Priwiślański Kraj” „Donka” i „Bronka” oraz całkowita wasalizacja w stosunku do wschodniego sąsiada. Po sejmowym głosowaniu w sprawie powołania międzynarodowej komisji mającej zbadać tzw. katastrofę (osobiście zdecydowanie wolę teraz trochę krótsze słowo: zamach) w Smoleńsku przekonałem się, że partia Prawo i Sprawiedliwość jako emanacja interesu narodowego Polski jest w tej chwili całkowicie osamotniona. Cała reszta sejmowej sceny politycznej to po prostu Targowica i co do tego twierdzenia nie mam najmniejszych wątpliwości. Działania rządu RP w sprawie katastrofy pokazują, że z suwerennością i polskością nie mają one nic wspólnego.
Gdy tylko dowiedziałem się o powstaniu Wrocławskiego Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego jako kandydata na Prezydenta RP - a miało to miejsce 17 maja 2010 roku - niezwłocznie wraz z moją żoną Barbarą się do niego zapisałem. Choć do tej pory jakoś bardzo aktywnie nigdy nie angażowałem się w sprawy życia politycznego - postanowiłem zacząć swoją prywatną wojnę o Polskę. Najpierw robiłem to w Internecie, między innymi na portalu www.dolnoslazacy.pl. Pierwszy swój komentarz umieściłem pod tekstem pana Marka Delimata, stając w obronie wartości patriotycznych i narodowych, które poruszył w swoim artykule. Okazało się wkrótce, że z panem Markiem zmuszeni byliśmy toczyć na "Dolnoślązakach" bezkompromisową walkę z wszelkiej maści intelektualnym lewactwem, które opanowało ten portal. Dla reprezentantów tej opcji słowo "patriotyzm" działało jak czerwona płachta na byka. Zdecydowane opowiedzenie się po stronie wartości patriotycznych i narodowych wywołało bezpardonowe ataki paru interlokutorów, z którymi z panem Markiem Delimatem prowadziliśmy intelektualną debatę. Podczas debaty ataki te przybierały w wykonaniu szczególnie jednego z dyskutantów momentami wręcz chamski charakter. Efekt finalny był taki, że wraz z nim zostaliśmy z portalu w dniu 7.06.2010 roku wyrzuceni przez redaktora prowadzącego: nasz interlokutor za chamstwo i agresję, my zaś - tak sądzimy - za poglądy i niewinność, prawdopodobnie w ramach odpowiedzialności zbiorowej. Zresztą prowadząc nieubłaganą rzeczową polemikę do tego chamstwa naszego kontrdyskutanta sprowokowaliśmy, gdyż po prostu zabrakło mu racjonalnych argumentów w dyskusji. Ciekawostką, która zresztą zdumiewa, jest fakt, że redaktor naczelny, który zablokował nam dostęp do portalu, jest członkiem PiS-u (sic!). Na prośbę o wyjaśnienie swoich motywacji niestety nie był uprzejmy nawet nam odpowiedzieć. Najprawdopodobniej również z powodu braku merytorycznych argumentów.
W pewnym momencie zacząłem zdawać sobie sprawę z jałowości polemiki z kilkoma czy kilkunastoma osobami odwiedzającymi portal "Dolnoślązacy" i z bardzo ograniczonego zasięgu takich działań w ramach prezydenckiej kampanii wyborczej. Chciałem robić coś, co będzie nosiło znamiona jakiś konkretnych działań, które choć odrobinę pomogą Jarosławowi Kaczyńskiemu w jego walce o Polskę. W jednym z majowych numerów "Gazety Polskiej" w artykule redakcyjnym Tomasza Sakiewicza znalazłem zachętę do kopiowania i publikowania prawdziwych informacji z Internetu i prasy niezależnej (np. na temat katastrofy pod Smoleńskiem) i wywieszania ich w miejscach publicznych, aby jak najwięcej ludzi uzyskało do nich dostęp. Zapachniało mi to trochę "państwem podziemnym". Jeżeli media są w rękach przeciwników Prawdy - należy tworzyć własne. Trochę trawestując powiedzenie Jacka Kuronia - który nie jest zresztą bohaterem z mojej bajki - "nie palcie komitetów, tylko zakładajcie własne".
Stąd też wpadłem na pomysł wydawania własnej, prywatnej - przepraszam za niecenzuralne określenie - "gazety wyborczej". Pierwszy jej numer ukazał się 5 czerwca 2010 roku. Do drugiej tury wyborów prezydenckich ukazało się ich siedem, a po wyborach - jeden. Forma gazetki miała nawiązywać do "bibuły" wydawanej w czasie pierwszej "Solidarności" i w stanie wojennym. Jedna czarno-biała kartka formatu A4, forma edytorska dość siermiężna, treść - mimo usilnych starań - też podobna. Głównym powodem był "chroniczny" brak czasu. Inicjatywa jednoosobowa niestety nosi często takie wady. Tytuł "Bibuła Wrocławska" nasunął mi się od razu jako jedyny wchodzący w tym przypadku w grę. Zadaniem gazetki było trafianie do zwykłych ludzi, potencjalnych, często zagubionych wyborców. Stąd też może niezbyt lotny i wysublimowany poziom pisemka. W każdym numerze starałem się też podawać adresy stron internetowych, na których można znaleźć informacje prawdziwe i rzetelne, spoza kręgu monopolistycznej propagandy koncernów typu "Agora", "ITI", "Polsat" i innych. Gazetkę kolportowałem (i nadal to czynię) gdzie się da: w autobusach, tramwajach, klatkach schodowych, hipermarketach, budynkach użyteczności publicznej i innych podobnych miejscach.
Łączny nakład gazetki do drugiej tury wyborów prezydenckich osiągnął ponad osiemset egzemplarzy. Może to niezbyt wiele, ale na więcej nie pozwolił czas, którego prowadząc działalność zawodową na własny rachunek - nigdy za wiele. Ktoś może powiedzieć, że wydawanie własnego pisemka trąci trochę wizją Wojciecha Młynarskiego z jego piosenki pod tytułem "Po co babcię denerwować". W tekście tej piosenki znalazł się fragment, cytuję: "...A dokładniej informować babci nikt nie śpieszy. Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy! Tata zasię manko w kasie miał i siedzi w kiciu, były o tym wzmianki w prasie, w "Expressie" i w "Życiu". Ale fakt ten się nie stanie dla babci udręką, bowiem się drukuje dla niej osobne pisemko. Na domowej drukarence wszystko się wyłuszcza i w ogóle się babuni na parter nie wpuszcza!" Oczywiście jest to tekst humorystyczny i jego wymowa w oryginale jest nieco inna, niż w przypadku "Bibuły Wrocławskiej", jednakże ta wizja wydała mi się artystycznie bardzo atrakcyjna. Jednakowoż motywacje miałem jak najbardziej szlachetne.
Uważałem, że wybór Jarosława Kaczyńskiego na Prezydenta RP jest jedyną rozsądną alternatywą dla Polski. Uważałem też, że stworzenie zaczynu patriotycznego ruchu, którym być może jest Wrocławski Społeczny Komitet Poparcia Jarosława Kaczyńskiego jako Kandydata na Prezydenta RP i podobne komitety - jest inicjatywą piękną, wspaniałą i jak najbardziej godną poparcia. Należy tylko usilnie się starać, aby w tym ruchu skupić jak najwięcej ludzi zatroskanych o los Polski. Nie wolno zmarnować tej samorodnej pięknej inicjatywy, która pozwala ludziom podobnie myślącym - działać razem. Bo przecież - jak powiedział pewien znany skądinąd hodowca zwierzątek futerkowych - „Polska jest Najważniejsza”. Przed wyborami uważałem (i nadal tak uważam), że wybór Bronisława Komorowskiego będzie dla Polski wyborem fatalnym. Jednakże społeczeństwo polskie - a w szczególności wrocławskie - najwyraźniej jeszcze nie dorosło do tej wiedzy. I dlatego postanowiłem je nadal nękać swoimi wypocinami. Bo w końcu ktoś musi pęknąć. Albo ono, albo ja. W jakim kierunku będzie ewoluowała "Bibuła" - tego jeszcze dokładnie nie wiem. Czas pokaże. Na razie wzrosła ilość stron gazetki z dwóch do czterech. Ponieważ dotychczasowa kuracja okazała się niewystarczająca - funduję czytelnikom podwójną, "końską" dawkę. Mimo wszystko życzę ciekawej lektury...
4 lipca 2010 roku odbyła się druga tura wyborów prezydenckich. Wynik tych wyborów raczej trudno dziś ocenić jako dobry dla Polski. Jako Polacy stanęliśmy na rozdrożu, być może jak nigdy dotąd po 1989 roku.
Gdy przed niedzielą wyborczą próbowałem przewidzieć wynik tego jakże ważnego dla naszego kraju wydarzenia - nie mogłem uwolnić się od pewnego szablonu myślowego. Moje skojarzenia szły w stronę koincydencji trzech wydarzeń historycznych związanych właśnie z datą wyborów - czwartym dniem lipca.
Pierwsza data - wiadomo: 4 lipca 2010 roku. Data drugiej tury przyśpieszonych wyborów prezydenckich w Polsce, będących następstwem katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, w której obok 95 bardzo ważnych dla Polski osób zginął jej Prezydent Lech Kaczyński. A dwie inne daty stanowią - teraz widzę to już dość jasno - jakby dwie drogi, którymi mogłaby pójść Polska, dwie historyczne alternatywy, których dramatyzm ma pewne istotne konotacje zbliżone do naszej współczesnej sytuacji. Od takiego myślenia odstręczał mnie natomiast trochę argument następujący - że jest to myślenie czysto magiczne, numerologiczne, a zbieżność tych dat i związanych z nimi wydarzeń jest czysto przypadkowa. Szkoda zatem poświęcać czas czemuś, co jest tylko losowo umieszczone na osi czasu czy też kartach kalendarza. Ale pretekst do rozważań wydawał się na tyle natrętny i kuszący, że żal było go ot tak porzucić. Wtedy nie byłoby też tego tekstu.
Drugą datą jest 4 lipca 1610 roku. Równe 400 lat temu. To data jednej z największych militarnych wiktorii Polski w dziejach - zwanej bitwą pod Kłuszynem. Data zapomniana, której w czasach PRL-u nasi nauczyciele historii nie chcieli nam zbyt nachalnie wtłaczać do głów, ponieważ pod tym właśnie Kłuszynem udało się Polakom sprokurować dość drastyczny "łomot" naszym "Przyjaciołom Moskalom", którzy w czasach PRL-u byli oficjalnie naszymi przyjaciółmi najbliższymi... Stąd też pewna "niepoprawność polityczna" tej daty. Tego właśnie dnia wojsko polskie dowodzone przez hetmana Stanisława Żółkiewskiego zwyciężyło przeważające siły rosyjskie, wspomagane przez najemników ze Szwecji i innych krajów europejskich. Miało to miejsce podczas wojny polsko-rosyjskiej 1609-1618 roku. Bitwa ta była jednym z najwspanialszych zwycięstw polskiego oręża. Uchodzi ona za przykład mistrzowskiego działania militarnego i stosowania ekonomii sił w walce. A wszystko zaczęło się - nomen omen – od Smoleńska, który wojska polskie oblegały jako jedną z najważniejszych twierdz litewsko-rosyjskiego pogranicza.
Był to dla Rosji czas tak zwanej "Wielkiej Smuty" (1598-1613), kiedy to po śmierci cara Borysa Godunowa nasz sąsiad był pogrążony w wielkim kryzysie politycznym. Do tego stopnia, że Polska pretendowała wówczas do wpływu na obsadę tronu moskiewskiego i czyniła to z powodzeniem. Gdy do oblegających Smoleńsk wojsk koronno-litewsko-kozackich dotarła wieść o koncentrującej się pod Kaługą potężnej armii rosyjsko-szwedzkiej, którą dowodził kniaź Dymitr Szujski (brat cara Wasyla Szujskiego), postanowiono odłączyć część sił oblegających miasto, aby udaremnić odsiecz. W bitwie dowodzonej przez hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego wzięło udział 5556 polskich husarzy, 1000 szabel jazdy kozackiej i petyhorskiej, 200 żołnierzy piechoty oraz dwa lekkie działa. Rosyjska armia Dymitra Szujskiego liczyła 30 tysięcy żołnierzy. Stowarzyszona z nią świetnie wyszkolona zawodowa armia szwedzka pod dowództwem Jakuba Pontussona de la Gardie złożona ze Szwedów, Francuzów, Niemców, Hiszpanów, Flamandczyków, Anglików i Szkotów - 5 tysięcy żołnierzy. Armia Szujskiego miała do tego 11 dział.
Z porównania sił wynikało, że Polska raczej nie ma zbyt wielkich szans na sukces, ponieważ siły nieprzyjaciela były 5 i pół raza większe. Według opinii samego hetmana Stanisława Żółkiewskiego armia rosyjska liczyła aż 40 tysięcy żołnierzy, a armia szwedzka - 8 tysięcy. Podobno niektóre chorągwie polskiej husarii szarżowały w czasie bitwy od 8 do 10 razy, ponieważ hetman Żółkiewski chciał wywołać u Rosjan wrażenie, że atakuje ich potężna ilość kawalerii. Przed bitwą część wojsk polskich pod dowództwem Żółkiewskiego, która oblegała wojewodę Hrehorego Wałujewa w twierdzy Carewo Zamijszcz, wyruszyła pod Kłuszyn. Uczyniono tak na dwie godziny przed zachodem słońca stosując kamuflaż, aby załoga twierdzy się nie zorientowała, że oblegają ją uszczuplone siły. Po całonocnym marszu polskie wojska uderzyły z rana na przeważające siły wroga. Husaria rozniosła "Przyjaciół Moskali" w proch i pył, zmuszając ich do panicznej ucieczki. Cała bitwa trwała pięć godzin. Jeszcze w tym samym dniu Żółkiewski wrócił pod Carewo Zamijszcze i zmusił Hrehora Wałujewa do kapitulacji. Wojsko polskie dało przykład niezwykłej wytrzymałości, gdyż po nieprzespanej nocy i męczącym marszu, stoczyło niezwykle ciężką bitwę, po czym wróciło tą samą drogą do punktu wyjścia.
A jakie były bezpośrednie efekty polityczne wspaniałego triumfu pod Kłuszynem? Po zawartym układzie, mówiącym o wyniesieniu na carski tron syna króla polskiego Zygmunta III Wazy - królewicza Władysława IV - siły Żółkiewskiego wzmocniło około 8 tysięcy żołnierzy Wałujewa. 12 lipca Żółkiewski ruszył na Moskwę. 3 sierpnia stanął pod jej murami, a jej nowe władze przyjęły go uroczyście. Doszło do rokowań, które zakończyły się układem z dnia 27 sierpnia, na mocy którego królewicz Władysław został uznany carem Rosji pod warunkiem przejścia na prawosławie. Następnego dnia na Dziewiczym Polu pod Moskwą tłumy mieszkańców złożyły przysięgę na wierność Władysławowi. W obręb moskiewskich murów wojska polskie wkroczyły 12 września, a 8 października Żółkiewski przybył na Kreml. Car Wasyl Szujski oraz jego bracia Dymitr Szujski i Iwan Szujski zostali więźniami hetmana. Niestety, te wspaniałe sukcesy genialnego wodza Stanisława Żółkiewskiego nie zostały później w należyty sposób skonsumowane. Nie zostały we właściwy sposób kontynuowane i wykorzystane dla dobra i wielkości Polski. Jednakże nie miejsce tutaj, aby w chwili obecnej o tym dywagować.
Trzecia data nie jest już dla nas tak wesoła jak druga. 4 lipca 1943 roku o godzinie 23:07 w Gibraltarze uległ katastrofie samolot Liberator AL523, który startował do Londynu po inspekcji wojskowej II Korpusu Polskiego na Bliskim Wschodzie. W katastrofie sprzed 67 lat, przez wielu określanej jako zamach, zginął premier Rządu RP na uchodźstwie i Naczelny Wódz Wojsk Polskich na Zachodzie generał Władysław Sikorski. Wśród poległych był między innymi również szef sztabu generalnego generał brygady Tadeusz Klimecki. Przyczyny tej katastrofy nie zostały nigdy do końca jednoznacznie wyjaśnione. Była to już szósta od 1940 roku próba zamachu na gen. Sikorskiego (w tym czwarta związana z sabotażem dotyczącym samolotów, którymi przemieszczał się Sikorski). Tym razem niestety zakończyła się ona powodzeniem. Brytyjczycy, do których należał samolot, przeprowadzili w lipcu 1943 roku krótkie śledztwo, po którym ogłosili, że „śmierć Sikorskiego nastąpiła w drodze tragicznej katastrofy stanowiącej tajemnicę państwową”, a następnie utajnili wszystkie zebrane materiały na 50 lat. W 1993 roku Wielka Brytania przedłużyła utajnienie tych materiałów dodatkowo na dalsze 50 lat. Ujawnione więc one zostaną ostatecznie w 2043 roku. Oczywiście pod warunkiem, że nie dojdzie do kolejnego przedłużenia utajnienia…
Do dziś nie wyjaśniona pozostaje między innymi rola, jaką w zamachu odegrał Harold Adrian Russell "Kim" Philby, szef kontrwywiadu brytyjskiego (MI6) na obszar Morza Śródziemnego, a jednocześnie od 1934 roku sowiecki agent, jeden z członków tzw. Siatki Szpiegowskiej Cambridge. Zmarł on w 1988 roku w Związku Radzieckim otoczony wielkim szacunkiem w Kraju Rad. Pomimo odnalezienia pięciu ciał osób, które zginęły w wyniku katastrofy brytyjskiego Liberatora, zwłok innych towarzyszy Sikorskiego nigdy nie znaleziono. Z tego powodu pojawiły się nawet pogłoski, iż mogli oni zostać porwani do Związku Radzieckiego. Zresztą wogóle ilość niejasności związanych z katastrofą w Gibraltarze jest mniej więcej taka, jak z niedawną katastrofą samolotu Tupolew 154M pod Smoleńskiem.
4 lipca 1943 roku generał Władysław Sikorski znał już prawdę o lesie katyńskim i „autorstwie” tej potwornej zbrodni. Prawda ta była bardzo nie na rękę aliantom: Brytyjczykom i Amerykanom. Wykopała ona mianowicie rów nie do zasypania pomiędzy ich sojusznikami: tym największym i najbardziej pożądanym - Rosją sowiecką i tym małym, być może najwierniejszym i najbardziej walecznym, ale za to zawsze traktowanym instrumentalnie i lekceważonym - czyli Polską. Zarówno dla Brytyjczyków jak i Sowietów ukrycie prawdy o sowieckich zbrodniach wojennych było taktyczną i strategiczną koniecznością.
Niektórzy historycy piszą o tym, że w czerwcu 1943 roku, w czasie inspekcji armii generała Władysława Andersa w Iraku, miały się odbyć na Bliskim Wschodzie rozmowy polsko-radzieckie z udziałem Władysława Sikorskiego. Zostały one przez niego zerwane po wysunięciu przez Sowietów warunków akceptacji powojennej wschodniej granicy Państwa Polskiego w postaci granicy niemiecko-sowieckiej z dnia 28 września 1939 roku oraz odwołania niewygodnych dla Moskwy osób z emigracyjnego rządu polskiego. Po tym ultimatum Sikorski pozbył się złudzeń co do zamiarów Józefa Stalina wobec Polski i postanowił je ujawnić publicznie, z kolei Stalin postanowił koniecznie udaremnić tę akcję.
Polityczne konsekwencje śmierci generała Sikorskiego były dla Polski fatalne. Był on największym polskim autorytetem politycznym w tym czasie. Przywództwo Państwa, które skupiał w swoim ręku gen. Sikorski, zostało rozdzielone. Nowym premierem Rządu RP na uchodźstwie został Stanisław Mikołajczyk, zaś Naczelnym Wodzem generał Kazimierz Sosnkowski. Śmierć Sikorskiego oznaczała całkowite osłabienie pozycji Polski w obozie sojuszników wobec otwarcie wysuwanych roszczeń terytorialnych ZSRR i polityki Stalina, zmierzającej konsekwentnie do międzynarodowej izolacji Polski. Ukoronowaniem tej polityki były ustalenia konferencji w Teheranie (28.11-2.12.1943 r.) dotyczące przyszłości Europy, w tym Polski, a w szczególności jej granic i usytuowania geopolitycznego. Te z kole przypieczętowały ustalenia konferencji w Jałcie. Na długie lata zdeterminowały one (i determinują, jak się okazuje, nadal) historię naszego kraju i miejsce Polski na mapie Europy.
Jest jeszcze jeden kolejny aspekt łączący osobę generała Władysława Sikorskiego i jego śmierci z bieżącymi wydarzeniami. Dnia 17 września 1993 roku w obecności prezydentów Lecha Wałęsy i Edwarda Kaczorowskiego trumna z prochami Generała została złożona w grobowcu krypty św. Leonarda w katedrze św. Stanisława i Wacława na Wawelu. A zatem dwaj przywódcy Polski - Premier Władysław Sikorski i Prezydent Lech Kaczyński - ofiary dwóch najbardziej spektakularnych katastrof (ja wolę używać słowa: zamachów) w historii polskiego lotnictwa - spoczywają w tym samym miejscu.
Dzisiaj po wyborach prezydenckich 4 lipca 2010 roku wiemy już na pewno, że ten dzień nie był dla Polski drugim Kłuszynem. Polska nie weszła na trakt suwerenności i pełnej podmiotowości w stosunkach z „Moskwą”. Nie była to wspaniała polska wiktoria jak przed czterystu laty. Nie było to zwycięstwo nad frakcją sympatyków Rosji. Być może jest tak, że niektórzy z nas podejrzewają, iż wpływ Rosji na wydarzenia 10 kwietnia 2010 roku jest większy, niż sugeruje to zdecydowana większość mediów i politycy partii rządzącej. Być może ten wpływ jest całkowicie zbrodniczy. W każdym razie Rosjanie nie zrobili do dzisiaj absolutnie nic, aby rozwiać rodzące się podobne spekulacje. Jednakże większość Polaków omamiona propagandą medialnych koncernów w rodzaju „Agory”, „ITI” czy „Polsatu” wolała wybrać na prezydenta Bronisława Komorowskiego, człowieka o czytelnych powiązaniach z PRL-owskimi Wojskowymi Służbami Informacyjnymi, w których aż roi się od ludzi pozostających na służbie Rosji. Tak zwany „Kandydat Mniejszości Polskiej”, Jarosław Kaczyński, wzbudzał taką niechęć większości wyborców, że woleli oni oddać swój głos na jego kontrkandydata, polityka mizernego i miałkiego, którego pod względem merytorycznym dzieli przepaść od brata byłego Prezydenta RP. Jedną z przyczyn porażki wyborczej Jarosława Kaczyńskiego jest z pewnością medialny monopol sił traktujących go jak swojego śmiertelnego wroga. Lecz to chyba nie jest jedyna przyczyna przegranej. Stosując analogię do bitwy sprzed czterech wieków porównuję Jarosława Kaczyńskiego do genialnego i walecznego wodza hetmana Stanisława Żółkiewskiego. Jarosław wiele razy dał pokaz politycznego wizjonerstwa, wielkiej odwagi i uczciwości w polityce.
Od Żółkiewskiego pod Kłuszynem różniło Kaczyńskiego chyba jedno przede wszystkim: zabrakło tych 5556 podkomendnych „towarzyszy pancernych”, którzy mogliby w ciągu paru godzin szarżować po osiem, dziesięć razy po wyczerpującym marszu i nieprzespanej nocy… 4 lipca 2010 roku tych prawdziwych husarzy było po prostu za mało. Możliwe, że część z nich to byli zwykli pospolici maruderzy, trzymający się raczej bliżej taborów, niż pierwszej linii frontu. Miałem nawet niewątpliwą przyjemność poznać paru osobiście i obserwować ich w „boju”. Być może tą „husarię” trzeba zbudować na nowo, a w każdym razie znacznie uzupełnić jej stan i odbudować jej morale, gdyż jeszcze niejedna kampania przed nią w wojnie o Polskę.
Droga, na którą weszliśmy po 4 lipca 2010 roku prowadzi raczej do Gibraltaru, niż pod Kłuszyn. Analogii pomiędzy katastrofami pod Gibraltarem i Smoleńskiem jest coraz więcej i trudno je nawet wszystkie w tym miejscu wyliczyć. Jednym z głównych motywów łączących obydwie sprawy jest Katyń. W 1943 roku sprawa zbrodni katyńskiej położyła się głębokim cieniem na stosunkach polsko-radzieckich. 96 osób poległych w katastrofie pod Smoleńskiem leciało do Katynia właśnie po to, by złożyć hołd 22 tysiącom zamordowanych przez stalinowskie NKWD polskich oficerów. Na czele rosyjskiego rządu stoi dziś KGB-owski spadkobierca dziedzictwa NKWD Władimir Putin. Zarówno wtedy jak i dziś polska w swoich dążeniach niepodległościowych była i jest całkowicie osamotniona. Obrazem dość wyraźnie to dziś unaoczniającym był brak obecności na pogrzebie ś.p. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego czołowych przywódców krajów sprzymierzonych z nami w Unii Europejskiej i w NATO. Pretekstem nieobecności była - jak pamiętamy - chmura wulkanicznego pyłu znad Islandii. Ale komu naprawdę zależało na obecności podczas uroczystości pogrzebowych – ten do Krakowa przyjechał (vide Prezydent Gruzji Michaił Saakaszwili i jego małżonka).
Ani NATO ani Unia Europejska nie domagają się dziś od Rosji przeprowadzenia obiektywnego, niezależnego śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej. W końcu w katastrofie zginęło całe dowództwo polskich - i NATO-wskich przecież - sił zbrojnych. Zginął także prezydent jednego z większych i ważniejszych w regionie krajów Unii Europejskiej. Wygodnie jest dzisiaj politykom z Unii Europejskiej i NATO zasłaniać się decyzją rządu polskiego, który w zasadzie oddał całe śledztwo dotyczące katastrofy Smoleńskiej Rosjanom. Rząd PO w ostatnich miesiącach dał niestety dowód całkowitego braku suwerenności w stosunku do wielkiego wschodniego sąsiada.
Długofalowym skutkiem katastrofy Gibraltarskiej było - jak wiemy - całkowite włączenie Polski do rosyjskiej strefy wpływów. Działania rządu Donalda Tuska pokazują, jak mocne są te wpływy również dzisiaj. Osobiście jestem dość mocno przygnębiony, choć nie zaskoczony, wynikiem wyborów prezydenckich. Platforma Obywatelska w chwili obecnej przejmując wszystkie urzędy w Państwie - całkowicie monopolizuje władzę w swoim ręku. Najlepszym dowodem na to są działania polityków PO mające na celu ukręcenie łba śledztwu prowadzonemu przez komisję sejmową w sprawie afery hazardowej. Ujawniły się one nazajutrz po wyborach. Działania Prezydenta Elekta Bronisława Komorowskiego też są aż nadto czytelne. Patrząc na katastrofę smoleńską i jej skutki możemy dziś zastosować jeden z najlepszych sposobów - moim zdaniem - na ustalenie sprawców zamachu, jakim jest znalezienie odpowiedzi na starorzymskie prawnicze pytanie „Qui prodest?” - kto na tym zyskał? Jednakowoż w chwili obecnej pozostaje nam jedynie wierzyć, że na wyjaśnienie tajemnicy katastrofy Smoleńskiej nie będziemy musieli czekać stu lat, jak to ma miejsce z katastrofą Gibraltarską.
Ale jak dzisiaj myślę sobie o wyniku wyborów 4 lipca 2010 roku, to kiełkuje we mnie nadzieja, że być może ta przegrana bitwa stanie się zaczynem wygranej batalii. Dzisiejsze totalne zwycięstwo być może będzie początkiem końca pewnej antypolskiej formacji politycznej. Być może zamach pod Smoleńskiem stanie się początkiem przebudzenia Narodu Polskiego z letargu, w jakim tkwi on od roku 1989. Położenie Polski Patriotycznej, choć w tej chwili wydaje się niezmiernie trudne, nie jest - mam przynajmniej taką nadzieję - beznadziejne. Coraz większej ilości Rodaków otwierają się oczy. Prawie każdy dzień przynosi tak nieoczekiwane zwroty akcji w sytuacji politycznej, że do niedawna niewielu potrafiło je nawet przewidzieć. Prawdopodobnie w ciągu najbliższego roku lub dwóch wydarzy się w polityce naszego kraju zapewne bardzo, bardzo wiele. Niech żywi zatem nie tracą nadziei. Nie możemy tylko stać z boku, przyglądać się i czekać. Tworzymy razem Społeczny Wrocławski Komitet. Powinnością naszą w chwili obecnej jest działanie - włączenie się do walki o przyszłość naszej Ojczyzny. Bo jak powiedział pewien znany skądinąd „hodowca zwierzątek futerkowych” - Polska jest najważniejsza…
Czasami są takie chwile w życiu, kiedy bardzo żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy. Takie uczucie owładnęło mną dzisiaj punktualnie o godzinie 10:30, gdy idąc z Rynku ulicą Oławską, przechodziłem obok wrocławskiej siedziby partii Platforma Obywatelska. W jej siedzibie mieścił się Wrocławski Sztab Wyborczy Kandydata na Prezydenta R.P. Bronisława Komorowskiego.
Zobaczyłem w pewnym momencie coś tak wstrząsającego i nieprawdopodobnego, że aż stanąłem w miejscu po prostu porażony tym, co widzę! Otóż przed drzwiami siedziby P.O. przy ul. Oławskiej 2 stała zaparkowana ciężarówka firmy "Alba", zajmującej się gospodarką odpadami. Z siedziby partii o pomarańczowym logo w kształcie uśmiechniętego konturu naszego sponiewieranego kraju, młodzi panowie w granatowych uniformach wynosili duże kartony wypełnione po brzegi ulotkami z podobizną wąsatego jegomościa w okularach. Na pace ciężarówki tych kartonów było już trochę...
Z twarzy jegomość na ulotkach przypominał mi trochę znanego z telewizji polityka, który zgodnie z werdyktem większości zdezorientowanych i dość mocno mentalnie zdekomponowanych obywateli naszego kraju, wygrał ostatnie wybory prezydenckie.
Pomyślałem sobie jednakowoż, że to chyba niemożliwe, to chyba jakieś przywidzenie... Fatamorgana w centrum dużego miasta. No bo żeby już następnego dnia po ogłoszeniu wyniku wyborów prezydenckich wywalać Prezydenta na śmietnik?! I to tak bez dania szansy?! Podszedłem bliżej. Faktycznie osobnik po wielokroć zreplikowany na papierowych kartkach to sympatyczny skądinąd Bronek z Obornik Śląskich.
Tak więc po prostu Pierwszy Obywatel R.P. jedzie na wysypisko śmieci już następnego dnia po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich. I nagle błysk refleksji: a może po prostu koledzy Bronka z partii wiedzą więcej, znają to co, co dla innych zakryte? Potoki sprzecznych myśli zaczęły gwałtownie kłębić się pod moją czaszką. Ilość kartonów z niewykorzystanymi ulotkami faktycznie robiła się coraz bardziej imponująca.
Uznałem, że to co robią ci młodzi ludzie jest w najwyższym stopniu niegodne. Najpierw P.O. drukuje w dobrej wierze tyle ulotek, żeby każdy obywatel Twierdzy Wrocław mógł mieć swojego Bronka w domu (albo nawet kilku...), a potem to wszystko na śmietnik, już po pierwszym dniu po elekcji? Zgroza. Najpierw wycina się kawałek lasu, żeby była celuloza na papier, a potem Wielki Łowczy Koronny Bronisław nie ma gdzie polować... Chociaż z drugiej strony Kandydat Bronisław ocenił postawę kontrkandydata Jarosława sadzącego dęby jako swoisty "anachronizm".
W pewnym momencie dno jednego z nieuważnie niesionych kartonowych pudeł rozpruwa się i Bronek - nie przestając oczywiście nobliwie uśmiechać się do Wrocławian uśmieszkiem Giocondy - rozsypuje się po wrocławskiej ulicy. Zdenerwowany tym faktem niosący karton młody człowiek zmęłł pod nosem parę słów na temat profesji którejś z matek... Nie dosłyszałem na szczęście której. Pomyślałem: "Ideał sięgnął bruku"!
To wszystko to niewybaczalny grzech. Był nawet kiedyś taki film "Dzieje grzechu"... I myślę sobie teraz: "a gdzie je Grzechu"?! Dzięki Bronkowi zostanie Marszałkiem, a teraz pozwala na takie coś, tu, w swoim mateczniku? Hańba! Nie mogłem już dłużej patrzeć na dziejącą się na moich oczach profanację. Oddaliłem się w zadumie i smutku, obiecując sobie, że od dzisiaj zawsze będę nosił przy sobie aparat fotograficzny. Ale chyba pomimo braku stosownych zdjęć Państwo wierzycie mi, że mówię prawdę? Tak myślę, że w naszym wesołym kraju nigdy nie wiemy, kiedy możemy stać się paparazzi...